Jak podeszli do jeża

Rozmawiała Maja Staniszewska
17.01.2011 21:00
Jeż Jerzy do tej pory żył w komiksie. W marcu będziemy mogli go zobaczyć w pełnometrażowym filmie, obdarzonego głosem Borysa Szyca. Wojtek Wawszczyk, reżyser i animator, opowiada nam o tym, jak robi się wielką animację w maleńkim zespole, i jak czasem trzeba umieć spojrzeć na świat z przymrużeniem oka
Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy pięć lat temu zaczynałeś film "Drzazga" - o parkowej ławce, która zakochuje się w dziewczynie. Jak z samodzielnego autorskiego projektu trafiłeś do dużej komercyjnej produkcji?

- Przez Maćka Ślesickiego, w którego Warszawskiej Szkole Filmowej uczyłem animacji. Jego firma Paisa Films jest współproducentem "Jeża Jerzego". Tydzień po skończeniu ostatniego ruchu w "Drzazdze" w październiku 2007 roku zaczęliśmy z ojcami Jeża Jerzego - scenarzystą Rafałem Skarżyckim i rysownikiem Tomkiem Leśniakiem oraz Kubą Tarkowskim, jak ja animatorem i reżyserem, prace nad filmem. Rafał rozwinął wątek z nowelki z albumu "In vitro". Powstaje w niej niedoskonały klon Jeża Jerzego, który ma zostać gwiazdą popkultury i dziełem sztuki jednocześnie. Ale o treści więcej nie powiem.

To opowiedz o produkcji filmu.

- Przez pierwsze trzy miesiące - do końca roku 2007 - spotykaliśmy się we trzech w mieszkaniu Tomka na całe dnie. Tworzyliśmy portrety psychologiczne wszystkich bohaterów, bo film nie może operować tak dużymi skrótami, jak komiks. Zastanawialiśmy się na przykład, jak to się stało, że Jeż Jerzy porzucił las i ruszył między ludzi.

I dlaczego Jerzy porzucił las?

- Po prostu znudziło mu się noszenie jabłek na grzbiecie i człapanie na czterech łapkach. No i od zawsze miał pociąg do ludzkich kobiet. Pewnego dnia wstał na dwie łapy, otrzepał liście z kolców i z Lasu Bielańskiego przeczłapał na Żoliborz. Teraz mieszka na Powiślu.

A jak już zanalizowaliście Jeża?

- Czytaliśmy fragmenty scenariusza na głos. Po przeczytaniu jednej strony każdy z nas - ja, Tomek i Rafał jednocześnie szkicowaliśmy storyboard tego, co właśnie przeczytaliśmy. Wybieraliśmy najciekawsze rozwiązania i przyklejaliśmy je na płachty papieru pakowego rozmiaru szkolnej tablicy. Na początku 2008 roku mieliśmy 45 takich gigantycznych papierów pakowych z malutkimi obrazeczkami z filmem. Przenieśliśmy się do studia Paisa gdzie przykleiliśmy je na ścianach korytarza. Wtedy przyszedł czas na kompletowanie ekipy. Najpierw zatrudniliśmy dwóch rysowników, których pierwszym zadaniem był przerysowanie naszych bazgrołów na czysto. Równolegle powstawał animatic - film na brudno. Nagraliśmy nasze głosy i podłożyliśmy pod te obrazki. Musieliśmy sprawdzić, czy da się z tego zrobić 80-90 minut filmu, który nie będzie się nudzić.

Produkcja trwała dwa lata, czyli tyle, co w filmach amerykańskich.

- Tylko, że tam pracuje przy filmie 200-300 osób, najlepszych, najdroższych specjalistów z całego świata. My też mieliśmy najlepszych specjalistów, ale miejscowych. W ekipie łącznie za scenarzystą było 14 osób. Za to każdy pracował za sześciu. Pierwsze tygodnie były ciężkie, bo każdy rysownik musiał nauczyć się Jerzego i jego świata. Trzeba było ich pilnować, wielu miało tendencję robienia mu ust tak nisko, że zjeżdżały nawet na brzuch.

Rysowali na papierze czy w komputerze?

- Wszystko powstało w komputerze. Na początku mieliśmy takie romantyczne pragnienie, żeby używać papieru i farb, ale rzeczywistość szybko je zweryfikowała, malowaliśmy na tabletach. Zrobiliśmy zresztą chyba najtańszy animowany film pełnometrażowy w Europie - za niecały milion dolarów. Pixar robi swoje filmy za 150-200 mln.

Nie będzie tego widać?

- Nie. Pod względem rzemiosła to naprawdę bardzo dobrze zrobiony film. Od strony plastycznej moglibyśmy go bez kompleksów postawić obok "Tria z Belleville". To jest wysokiej klasy rękodzieło.

Macie już dubbing?

- To kolejna ciekawostka "Jeża Jerzego" - aktorzy nagrali swoje kwestie zanim ruszyła animacja. Mieli jedynie szkice postaci i nasze o nich opowieści. Dla aktorów to większe wyzwanie, ale też większa frajda, bo mogą zbudować całą postać głosem. Mamy doskonałą obsadę - Borysa Szyca w roli Jeża Jerzego, Marysię Peszek jako jego dziewczynę Yolę i Marcina Hycnara jako męża Yoli. Grają też Leszek Teleszyński i Krystyna Tkacz, Maciek Maleńczuk i Sokół, Jarek Boberek i Grzesiek Pawlak. Jest też parę głosów niespodzianek - Krystyna Czubówna, Włodzimierz Szaranowicz, Monika Olejnik. Kiedy animatorzy ruszyli do pracy dostawali przy każdej scenie klipy dźwiękowe z nagranymi głosami i nie raz było tak, że wybuchali szczerym śmiechem. Potem próbowali oddać to, co usłyszeli, w animacji. Dało to doskonałe, bardzo żywe efekty.

W końcu w sierpniu ubiegłego roku mieliście gotowe 90 minut animacji...

- Film potem został zmontowany i teraz mamy 80 minut filmu. Parę tygodni temu zakończyliśmy sprawę dźwięku. Budyń z Pogodno napisał piosenki, Jan Duszyński zaś napisał muzykę ilustracyjną na orkiestrę. Premiera już 11 marca, a do mnie wciąż dzwonią telefony po 20 razy dziennie w sprawie Jeża. Odetchnę jak zobaczę kopię kinową.

Jaki jest kinowy "Jeż Jerzy"?

- Bardzo komiksowy. Najlepszym gwarantem jest to, że ojcowie komiksu byli obecni na wszystkich etapach produkcji. Stanowczo nie jest to film dla dzieci, myślę, że tak do 15-16 lat. Jest tu sporo humoru pierdząco-jeżowego, ale też sporo inteligentnego i wysmakowanego. Film jest niezwykle cynicznym spojrzeniem na współczesną popkulturę i sztukę. Myślę, że jesteśmy w stanie obrazić niejedną osobę.

Konkretną osobę?

- Nie, tego unikaliśmy. Śledzimy pewne zjawiska w portalach typu Pudelek i pokazujemy je w filmie. Przerażające jest to, że niektóre nasze pomysły, które wydawały nam się przegięciem, po jakimś czasie odnajdywaliśmy w internecie - okazywało się, że ktoś coś takiego zrobił naprawdę. Rzeczywistość nas przerosła. Myśleliśmy, że takie gwiazdki już nie funkcjonują, ale funkcjonują nowe, identyczne. Klony się mnożą. Udało nam się zrobić film uniwersalny.

Jak byś najkrócej opisał "Jeża Jerzego"?

- Surrealistyczna komedia obyczajowa z bijatykami, pościgami, elementem musicalowym, seksem i słownictwem nieprzeznaczonym dla dziecięcych uszu. Cieszy mnie, że coraz więcej jest w naszym kraju ludzi, którzy są w stanie zrobić dwa kroki do tyłu, przyjrzeć się rzeczywistości przez zmrużone oczy i umieć się zaśmiać. Dla nich jest ten film.



  • Podziel się