Bostoński wirus - atakuje głównie dzieci. Rodzice są przerażeni. Czy jest się czego bać?

Mariusz Jałoszewski, Anita Karwowska
18.10.2012 , aktualizacja: 18.10.2012 22:19
A A A Drukuj
dziecko, pediatra

dziecko, pediatra (Fot. Shutterstock)

Choroba bostońska stała się legendą miejską. Choć znana od lat, rodzice wierzą, że w przedszkolach szaleje epidemia. I przeczesują internet, by dowiedzieć się czegoś o wirusie. A gotową diagnozę podsuwają lekarzom
"Niezwykle rzadka choroba wirusowa", "Wirus bostoński w Polsce! Zaatakował na Mazowszu!", "Wysypka dziesiątkuje przedszkolaków" - krzyczą tytuły tekstów po wpisaniu do wyszukiwarki frazy np. wirus bostoński.

Zdjęcia dziecięcych dłoni i stóp z czerwono-sinymi purchlami przerażają. Wirus (fachowa nazwa: coxsackie) męczy głównie maluchy. Rodzice na Facebooku wymieniają się informacjami o leczeniu i objawach.

- Z dnia na dzień zabrałem dziecko z przedszkola. Miało gorączkę, na rękach i stopach wyskoczyły pęcherze, w buzi pojawiły się obrzęki. Przez kilka dni miało problemy z jedzeniem. Prawie dwa tygodnie siedzieliśmy w domu, żeby nikogo nie zaraziło. Lekarz mówił, że przeszło chorobę łagodnie - opowiada nasz redakcyjny kolega, tata trzylatki.

Ale wirus zakaził inne dzieci z przedszkola.

- Córka zaraziła się na placu zabaw. Koleżanka przyniosła wirus z przedszkola, gdzie chorowała cała grupa maluchów - opowiada matka pięciolatki. Co gorsza, lekarz na początku nie miał pojęcia, co dolega dziecku. Obstawiał anginę. - Dopiero gdy pojawiła się wysypka, kolejny pediatra stwierdził, że to choroba bostońska. Wtedy dowiedziałam się o jej istnieniu - mówi. Tydzień sama zachorowała, a później jej mąż.

Choroba przenosi się przede wszystkim przez dotyk (choroba brudnych rąk). - Wysyp zachorowań mieliśmy na początku jesieni. Rodzice mieli wrażenie, że mają do czynienia z czymś nowym, choć w rzeczywistości choroba znana jest od dawna. Lekarze miewają kłopoty z diagnozą, ponieważ nie wykonuje się u nas badań krwi, a nie każdy kojarzy od razu objawy w przypadku zachorowań wirusowych - mówi dr Paweł Grzesiowski, pediatra.

Wirus zaatakował najpierw warszawskie przedszkola, teraz przeniósł się do Łodzi.

Skali choroby epidemiolodzy nie są w stanie oszacować, ponieważ nikt tego nie bada, ale uspokajają.

- Odsyłamy dzieci z lekami do domu, bo choroba nie jest groźna. Ale gdy ludzie słyszą obco brzmiącą nazwę [wirusa odkryto w niewielkim Bostonie w stanie Nowy Jork ponad 60 lat temu - red.], to się niepokoją. A wirus po prostu siedzi w nas i budzi się przy sprzyjających warunkach - mówi Emilia Walas-Frankiewicz, rzecznik wojewódzkiego szpitala specjalistycznego w Łodzi.

Uspokaja także prof. Włodzimierz Gut z Zakładu Wirusologii Państwowego Zakładu Higieny. - Jak każdy wirus, ma czas aktywności i uśpienia. Atakuje, gdy znajduje podatną populację o obniżonej odporności. Dzieci nie są jeszcze uodpornione na zakażenia tak, jak dorośli ludzie, których organizm zwykle może sobie z takim wirusem poradzić.

Profesor burzy mit, że wirus bostoński "szaleje" tylko na Mazowszu. - Pojawia się wśród dzieci w całym kraju, po prostu niektóre przypadki szybciej zostają nagłośnione - tłumaczy. PZH nie prowadzi osobnych statystyk tego wirusa, nie wiadomo więc, ile i gdzie w tym sezonie dzieci już zachorowało.

Czy w tej jesieni jest coś specjalnego, co obudziło wirusa? Zdaniem dr. Grzesiowskiego, nie. - Po prostu rodzice błyskawicznie informowali się o chorobie w sieci. Tym razem jednak internet pomógł w szybszej diagnostyce, bo rodzice często sami podpowiadali lekarzom, jakiego wirusa mają szukać - mówi pediatra.

Zobacz więcej na temat:

  • Podziel się

Zobacz też

Najpopularniejsze