Książki dla dzieci nie muszą być jak fast food

Milena Rachid Chehab
01.06.2013 12:00
Aleksandra i Daniel Mizielińscy, para ilustratorów, wśród książek dla dzieci, które ilustrowali

Aleksandra i Daniel Mizielińscy, para ilustratorów, wśród książek dla dzieci, które ilustrowali (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Rynek książek dla dzieci, wart ok. 160 mln zł, dzieli się na dwie części. Większa to supermarketowy "fast food". Jak wygląda ta mniejsza, której twórcy zaczynają zgarniać branżowe nagrody na świecie?
Gdy tylko noworodek weźmie pierwszy oddech, ojciec odpycha odbierających poród lekarzy. Wyciąga książkę i podekscytowany recytuje: "Kaczka kwacze kwa kwa kwa, konik parska i ha ha, owca beczy be be be...". Bo skoro czytać dziecku od urodzenia, to kiedy jest lepszy moment, żeby zacząć?

Kampania zachęcająca do tego młodych rodziców, a przy okazji promująca "Pierwszą książkę mojego dziecka", którą świeżo upieczonym rodzicom ma sponsorować m.in. minister kultury, przy okazji wywołała dyskusję. O to, jak ilustrować książki dla dzieci.

- W przypadku "Pierwszej książki" przykład niejako wzorcowy, bo swój znak jakości przystawił na nim minister kultury, staje się antyprzykładem, a "pierwsza książka" dla wielu łatwo może stać się książką ostatnią - mówi Joanna Olech, podkreślając, że nie byłoby problemu, gdyby to była tylko inicjatywa fundacji ABCXXI (znanej z kampanii "Cała Polska czyta dzieciom"). Ale Narodowe Centrum Kultury przeznaczyło 800 tys. zł na to, by "Pierwsza książka mojego dziecka" trafiła dla każdego świeżo urodzonego Polaka. To dlatego stosowny list podpisało już ponad tysiąc osób, w tym specjaliści od literatury dziecięcej, psycholodzy, wydawcy i ilustratorzy.

Fragment "Pierwszej książki mojego dziecka":


Podpisali, bo nawet jeśli klasyczne wierszyki Tuwima zachęcają do lektury, to ilustracje przynoszą skutek wręcz odwrotny. - Są banalne, zrobione na kolanie, po prostu brzydkie. Oczy bohaterów wyglądają jak połówki jajka na twardo, finezji za grosz, a całość niewiele się różni od wątpliwej jakości książeczek dla dzieci sprzedawanych za 5 złotych w supermarkecie - mówi Maria Kulik, szefowa polskiej sekcji IBBY, organizacji zajmującej się promocją literatury dziecięcej i młodzieżowej.

Pomysłodawcy "Pierwszej książki" przekonują, że ma ona pomóc rodzicom w uczeniu dzieci języka i nie było jej celem wyrabianie gustu estetycznego u dziecka. - Psycholodzy, z którymi konsultowaliśmy publikację, podkreślają, jak ważne są dla małego dziecka kontury ilustracji i żywe barwy. Nie robiliśmy tej książki dla ilustratorów. Może dla nich nowatorstwo to rzecz ważna, ale dla niemowlęcia taka kategoria nie istnieje - mówi Irena Koźmińska, szefowa ABCXXI.

Inaczej widzi to Magdalena Śniegulska, psycholożka dziecięca z SWPS: - Rzeczywiście dla niemowlaków najważniejsza jest wyrazistość i spójność, ale już 1,5-rocznym dzieciom kwestie estetyczne nie są obojętne. A wtedy rodzice powinni wybierać dzieciom książki takie, jakie chcą, żeby lubiły.

Z kolei ilustratorzy i literaturoznawcy wzdragają się przed targetowaniem. - Od końca ubiegłego wieku panuje wszechobecny dyktat ekspertów mówiących, co dla kogo jest właściwe. W przypadku książek jest to o tyle bezsensowne, że po pierwsze, człowiek rozwija się w różnym tempie i w różnych okolicznościach, a po drugie nabiera doświadczeń przez całe życie. I jakoś nikomu nie przychodzi do głowy pisać powieści np. dla mężczyzn w przedziale wiekowym 20-30 - mówi Magdalena Sikorska, znawczyni literatury dziecięcej z Uniwersytetu Bydgoskiego. Książki wydawane przez wielkie koncerny, często jako część filmowej machiny promocyjnej, są dokładnie sprofilowane przez sztaby psychologów i marketingowców, ale z kształtującą system wartości literaturą zwykle nie mają wiele wspólnego.

Moda na vintage

Podobnie spostrzeżenia ma Daniel Mizieliński, który z żoną Aleksandrą tworzy słynny ilustratorski duet (ich ostatnia książka "Mapy" od listopada ubiegłego roku dodrukowywana jest już po raz szósty, a poprzednie trafiły do 20 krajów): - Często na spotkaniach autorskich zdarza się, że z książką teoretycznie przeznaczoną dla 5-latków przychodzą nawet 12- i 13-latki i odwrotnie. Nie bez przyczyny. Moja żona pisała pracę magisterską o postrzeganiu twórczości u dzieci i wyszło jej mniej więcej to, co niedawno usłyszeliśmy na międzynarodowej konferencji branżowej: że żadne schematy nie mają sensu, bo wszystkie potrzeby estetyczne są uwarunkowane przez kulturę i warunki, w jakich wychowują się dzieci - mówi Mizieliński. I podobnie jak inni autorzy i niezależni wydawcy zdaje się jedynie na własną intuicję.

John Cage i jego dzieło "4'33", ilustracja Aleksandry i Daniela Mizielińskich z książki ''S.Z.T.U.K.A.'', wyd. Dwie Siostry:


Ta różnica w podejściu do tworzenia książki ma konsekwencje. Rynek książek dla dzieci, wart w ubiegłym roku 161 mln zł, dzieli się na dwie części. Większą część tortu pochłaniają duże wydawnictwa, których bestsellery to "książkowy fast food", czyli banalne w treści i formie pozycje sprzedawane w supermarketach oraz wszelkiego rodzaju produkty na licencji, często ekranizowane. Co prawda w ostatnich latach nie ma już hitów na miarę Harry'ego Pottera (ostatni tom cyklu sprzedał się w 630 tys. egzemplarzy), ale i tak np. wydawnictwo Egmont, drukujące m.in. książkowe wersje kreskówek z Disney Channel, może się pochwalić sprzedażą prawie ćwierci miliona egzemplarzy 22 najpopularniejszych tytułów.

Na przeciwległym biegunie jest dziecięca literatura ambitna, wydawana przez małe i średnie wydawnictwa, której nakład rzadko przekracza kilka tysięcy egzemplarzy.

Jeszcze kilka lat temu takich książek nie było w księgarniach wcale - jeśli rodzice mieli ambicje, by ich dziecko obcowało z wielką sztuką ilustracyjną, zwykle polowali na Allegro, gdzie lekko podniszczone wydanie Brzechwy z ilustracjami Jana Marcina Szancera za 100 zł nikogo nie dziwiło.

- Lata 60. i 70. to czas, gdy Polska Szkoła Ilustracji z charakterystycznym plakatowym stylem (wymuszonym brakami dobrego papieru) była marką znaną w świecie - opowiada Joanna Olech. - Wysokiej jakości pilnował państwowy monopol. Każde wydawnictwo miało dyrektora artystycznego, a każda książka musiała zdobyć aprobatę specjalnej komisji, w skład której wchodziły takie sławy jak na przykład Henryk Tomaszewski. Polskie dziecko skazane było więc na obcowanie ze sztuką najwyższej próby (ilustracje Szancera, Józefa Wilkonia, Bohdana Butenki czy Janusza Stannego). Gdy rynek się uwolnił, w latach 90. zalała go szmira, nad którą nie dało się zapanować.

Ilustracja Bohdana Butenki do ''Akademii Pana Kleksa'' Jana Brzechwy. Książka z kolekcji Muzeum Książki Dziecięcej w Warszawie:


Pomogła dopiero moda na rzeczy vintage. Spowodowała, że Nasza Księgarnia na nowo wydała biblię dzieciaków wychowanych w przaśnych latach 70. i 80., czyli kultową serię "Poczytaj mi, mamo", a także "Przygody Kubusia Puchatka" z ilustracjami E.H. Sheparda (przy których nawet uroczy Kłapouchy Disneya może się schować) czy "zieloną książeczkę" Brzechwy z Lisem Witalisem.

A potem świadomi rodzice poszli za ciosem i przerzucili się z klasycznej sztuki ilustracji na dziecięcą awangardę. Systematyczne serwują ją takie wydawnictwa jak Dwie Siostry, Muchomor, Tatarak czy Wytwórnia.

Tę ostatnią założyła osiem lat temu Magdalena Kłos-Podsiadło, gdy po urodzeniu dziecka postanowiła porzucić jałowy świat reklamy i dać coś wartościowego ludzkości. Zaczęła od klasyki, czyli wierszy Tuwima, ale w innym opakowaniu - zaprosiła siedem młodych ilustratorek i dała im wolną rękę. Konserwatywny czytelnik przeżyje pewnie szok, gdy przy "idzie Grześ przez wieś", na rysunku Grzesia nie uświadczy (na ilustrującej tekst mapie wsi ostały się po nim tylko ziarnka piasku), ale gdy już zaakceptuje się tę rewolucję, można mieć poczucie uczestniczenia w innej: "Tuwim. Wiersze dla dzieci" wydane w Wytwórni w 2007 r. dostały pierwszego w historii "Oscara" dla polskiej książki dla dzieci, czyli przyznawaną podczas największych na świecie branżowych targów nagrodę Bologna Ragazzi. W ubiegłym roku do wydawnictwa trafił "Oscar" numer dwa - za "Wszystko gra" (o tym, jak gra orkiestra) Anny Czerwińskiej-Rydel i Marty Ignerskiej.

Kotły - ilustracja Marty Ignerskiej z książki "Wszystko gra" Anny Czerwińskiej-Rydel, wyd. Wytwórnia:


Podział od kołyski

Jeśli mierzyć kondycję polskiej ilustracji dziecięcej liczbą bolońskich nagród, naród polski w ostatnich latach może puchnąć z dumy. Gorzej ma polski czytelnik. Bo np. dwukrotnie doceniana przez bolońskie jury Iwona Chmielewska bardziej jest autorką koreańską niż polską - zarówno "Maum, dom duszy" (Bologna Ragazzi 2007), jak i uhonorowane w tym roku "Oczy" rodzimy czytelnik może przeczytać tylko ze słownikiem koreańskim.

Brak sensownej edukacji estetycznej w szkołach i w mediach sprawia, że dzieci już od kołyski dzielą się na dwie kasty. Do pierwszej należą te, których rodzice karmią jedynie kreskówkami, a w najlepszym wypadku kupią mu pierwszą lepszą kolorową książkę w supermarkecie. Druga to dzieciaki, którym rodzice na własną rękę wprowadzają program edukacji estetycznej.

- Na szczęście nawet ci, których nie stać, by wydać 30-40 zł na książkę, a chcieliby, by dziecko miało z nią kontakt, coraz częściej mają po co iść do biblioteki. Coraz więcej jest takich, których pracownicy są "uświadomieni" i nie tylko zamawiają trudniejsze w odbiorze książki, ale też starają się je tłumaczyć, np. poprzez organizowanie wydarzeń towarzyszących - mówi Magdalena Kłos-Podsiadło, która ostatnio pomagała lokalnej bibliotece w organizowaniu wystawy nowoczesnej ilustracji.

Ale - jak podkreślają specjaliści - nie chodzi o to, by karmić dziecko samą awangardą, ale by dać mu różnorodny wybór. No i świecić przykładem: - Jeśli uważa się, że "cała Polska czyta (tylko) dzieciom", a dorosły jest zwolniony z tego obowiązku, trudno liczyć potem, że dziecko będzie rozbudzone estetycznie i intelektualnie, że będzie obyte z obcowaniem ze sztuką współczesną, operą czy filharmonią i że w ogóle będzie miało takie potrzeby. Oczywiście może się zdarzyć taki klops, że nawet dziecko wychowane przez całe dzieciństwo na Szancerze czy Stannym będzie łaknęło jedynie kiczu, ale ryzyko jest mniejsze - uważa dr Śniegulska z SWPS.

Równanie z kilkoma niewiadomymi

Małe i średnie wydawnictwa oraz specjalistyczne księgarnie z literaturą dziecięcą z wyższej półki mają mocno rozbudzone poczucie misji. A że taka strategia się opłaca, sięgają po nią coraz większe wydawnictwa. Za szerzej nieznaną dotychczas Chmielewską, która w Seulu na spotkania autorskie ściąga dzikie tłumy, wzięły się duże wydawnictwa - Media Rodzina wydało jej "Pamiętnik Blumki" (o dzieciach Korczaka), a Znak - "Domowe duchy" (z tekstem Dubravki Ugrešić).

Obrazkowe książki Iwony Chmielewskiej są regularnie nagradzane na świecie, a wydawane głównie po koreańsku:


Funkcjonuje jako "pani od żelazka". Wszystko za sprawą książki "Kłopot" o dziewczynce, która prasując cenny obrus (pamiątkę po babci), zamyśla się i przypala go żelazkiem. Tekst i ilustracje z motywem przypalonego śladu żelazka są okazją do zastanowienia się, jaki ślad zostawia po sobie każdy człowiek. Autorka nad kilkunastoma obrazami, tekstem o objętości dwóch stron A4 i przede wszystkim nad samą koncepcją pracowała ponad pół roku. - Tworzenie książek dla dzieci to coś pomiędzy matematyką a poezją - mówi Chmielewska.

Wymyślanie książki obrazkowej to według niej równanie z kilkoma niewiadomymi: - Naczelną zasadą picture book jest wzajemne uzupełnianie się obrazu i tekstu, nie można pokazywać tego, co się mówi, trzeba dopowiadać obrazem to, co niedopowiedziane - zdradza Chmielewska.

Poetyckość książek obrazkowych polega natomiast na czytaniu ich jak rebusów. - To zadanie zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. Znaczenia ilustracji wymyślają wspólnie, a interpretacja zmienia się zależnie od wieku. Taka książka nie jest więc jednorazową czytanką, ale doświadczeniem na lata.

Takie podejście sprawia, że znikają tematy, o których się nie mówi. - Wreszcie na polskim rynku pojawiają się książki o rozwodach, alternatywnych modelach rodziny, gejach, śmierci, Holocauście czy adopcji. Jeszcze o ateizmie nic nie było, ale to też pewnie kwestia czasu - mówi Magdalena Kłos-Podsiadło, która właśnie wydała książkę o patriotyzmie Joanny Olech i Edgara Bąka (na jej kanwie dziś przed Pałacem Prezydenckim odbędą się obchody Dnia Dziecka).



Doskonałe Okazy Małych i Efektownych Konstrukcji, czyli tylko nie "książeczki"

Aleksandra i Daniel Mizielińscy postulują, by traktować dzieci jak małych dorosłych. - To nie są jakieś dziwne, infantylne stwory. Choć mają mniej wiedzy, to ich otwartość na inność jest dużo większa niż u ich rodziców. Dotyczy to i treści, i formy. To dorośli martwią się, że kolory są za ponure, że postacie zbyt przerażające. Dziecko, dopóki nie nauczy się go myśleć w ten sposób, w ogóle tego nie odczuwa - przekonują Mizielińscy.

W ich portfolio oprócz naszpikowanych szczegółami "Map" całego świata jest m.in. "D.O.M.E.K." ("Doskonałe Okazy Małych i Efektownych Konstrukcji"), czyli rysunkowy podręcznik architektury nie tylko dla najmłodszych, czy "S.Z.T.U.K.A" (z tekstem kuratora Sebastiana Cichockiego), która w przystępny sposób uczy o pokazanej w Tate Modern instalacji Ai Weiweia i innych "Szalonych Tworach Utalentowanych i Krnąbrnych Artystów".

- Ważny jest język, jakim się mówi, a w wypadku przekazywania wiedzy nie ma lepszego narzędzia niż humor. No i świadomość, że książka nie jest dla dziecka jedynym źródłem wiedzy o świecie - podkreśla Mizieliński.

Mizielińscy zaczynali od tworzenia stron internetowych. "Sieciowe" myślenie przenoszą więc do książek - stąd tak wiele w nich "ikonek", rozwijających się równolegle, ale "linkujących się" historii i prób zadziwienia przyzwyczajonego do wielu bodźców odbiorcy.

Jednak nawet najbardziej poważne traktowanie najmłodszego czytelnika nie wystarczy, jeśli nie przekonamy się, że ilustracja na wysokim poziomie to nie tylko fanaberia szalonych artystów ilustratorów. Magdalena Kłos-Podsiadło ma już nawet pomysł, jak to zmienić: - Zacznijmy od nazywania ich twórczości po imieniu: to są "książki", a nie jakieś tam "książeczki".

''D.O.M.E.K.'' - przewodnik po najciekawszych przykładach współczesnych domków z całego świata z ilustracjami Aleksandry i Daniela Mizielińskich:


Zobacz także
  • Podziel się