Londyn wciąż w strachu

Alicja Bobrowicz, jn
09.08.2011 21:00
Przysłać armię, armatki wodne - pisze na Twitterze znany londyński didżej Doc Scott w imieniu mieszkańców brytyjskiej stolicy, którzy od kilku dni są terroryzowani przez młodociane bandy, które kradną, demolują i podpalają wszystko, co stanie im na drodze
Dziś już mało kto pamięta o Marku Dugganie, którego śmierć zapoczątkowała nocne burdy mieszkańców dzielnicy Tottenham. 29-letni chłopak, najprawdopodobniej diler narkotykowy, zginął gdy zaczął strzelać do policjantów podczas próby aresztowania. Tyle że teraz zamieszki, które początkowo objęły najbiedniejsze dzielnice, rozlewają się na kolejne części Londynu, a także inne miasta, m.in.: Liverpool, Nottingham i Bristol.

Pierwszą ofiarą nocnych burd jest 26-latek, który zmarł wczoraj w szpitalu. Dzień wcześniej znaleziono go z ranami postrzałowymi w samochodzie w dzielnicy Croydon, gdzie trwały walki z policją. Kto do niego strzelał? Nie wiadomo.

Londyńczycy mają dość nie tylko burd, ale coraz bardziej zdecydowanie krytykują bezradność policji.

Wczoraj brytyjski premier David Cameron zapewniał jednak, że władze robią wszystko, co możliwe, by przywrócić porządek na ulicach miast. W samej stolicy liczbę funkcjonariuszy zwiększono do 16 tysięcy. Wykluczono jednak użycie wojska. Od początku zamieszek zatrzymano 525 osób, około setka, w tym 11-latek, staną przed sądem.

Nie walczą o żadną sprawę

Adam Skorupiński, redaktor naczelny "Gońca Polskiego", który ma siedzibę na Ealing w Londynie

- Boimy się wieczoru i nocy. Zastanawiamy się, czy nie wywieźć redakcyjnego dobytku. Po poniedziałkowej nocy Ealing już nie jest bezpieczne. Chuligani rabowali tu sklepy, wdarli się np. do pobliskiego centrum handlowego. Napadali też na ludzi, którzy nie zdążyli dotrzeć do domów. Jesteśmy w szoku, bo Ealing to polska, spokojna dzielnica, zupełnie niepodobna do tych zdemoralizowanych, gdzie się wszystko zaczęło. Wszyscy się zastanawiamy, na co czeka policja. Wczoraj np. bandyci wybili szyby w Tesco, obok nas, wynieśli jedzenie i alkohol, po czym w spokoju biesiadowali przez pół godziny na pobliskim skwerku. To, co się teraz dzieje, nie ma moim zdaniem ani podłoża rasowego, ani ekonomicznego. Oni nie walczą o żadną sprawę.

Stoicki spokój Brytyjczyków

Maciej Tatarka, redaktor naczelny portalu Moja Wyspa

- Mieszkam w spokojnej części miasta, ale i u nas czuć niepokój. Znajoma pracuje w pubie w Acton, dzielnicy objętej zamieszkami i boi się, że po 22 nie wróci do domu. Wczoraj inni zostali uwięzieni w barze w Croydon. Dookoła biegały bandy chuliganów, a policja, po którą dzwonił szef pubu, nie była w stanie pomóc im bezpiecznie wyjść. Co ciekawe, mimo to Anglicy zdają się zachować stoicki spokój. Mój brytyjski przyjaciel powiedział mi dziś: "Tak już bywało i poradziliśmy sobie. Poradzimy sobie i teraz". Tylko część sklepów i barów w dzielnicach objętych zamieszkami jest zamknięta. Reszta normalnie pracuje.

To nie są bezrobotni

Tomasz Nowak, mieszkaniec Londynu od ośmiu lat

- W mojej okolicy (północnym zachodzie, na Hendon) jeszcze rano było spokojnie. Ale w centrum, gdzie pracuję, na niektórych drzwiach sklepów są wywieszki "z powodu zamieszek nieczynne". Znajomi mieszkający w dzielnicach, po których grasują bandy, spali w pracy albo u innych znajomych. Dziś kilka osób nie dojechało do pracy, bo nie kursowały autobusy. Wczoraj poszedłem do supermarketu, był zamknięty. Niestety, na ulicach w ogóle nie widać policji, która co gorsza wpadła w biurokratyczną pułapkę. Po ulicach, tam, gdzie są zamieszki biegają nawet dzieci, którym nic nie mogą zrobić. Złapią ich? Może i tak, ale ostrożnie, bo na Wyspach dziecka nie można nawet złapać mocniej za rękę. Mówi się, że sklepy rabują też rozgoryczeni bezrobotni, ale powiem tak: w Londynie jest mnóstwo pracy. Jeśli tam jest ktoś, kto długo nie ma pracy, to tyle dlatego, aby dłużej otrzymywać zasiłek. Teraz ci ludzie po prostu niszczą bezmyślnie czyjeś domy, samochody i życie. Pocieszające jest tylko to, że zanim bandyci podpalą autobus, wyrzucają z niego pasażerów.

Zupełne zdziczenie

Aleksandra Łojek-Magdziarz, socjolog, dziennikarka, mieszka w Belfaście

Tego, co się dzieje w Londynie, nie dają się tak łatwo opisać. Już od pewnego czasu wyczuwało się w społeczeństwie angielskim napięcie związane z recesją gospodarczą, temat wałkowały też media. Pierwsza myśl była więc naturalna: zaniedbana, biedna, sfrustrowana młodzież wyładowuje napięcie i agresję na ulicach. Ale okazuje się, że ci młodzi ludzie, którzy rabują sklepy, wcale nie kradną pożywienia. Wybierają markowe ciuchy czy buty, nie wynosząc ich paczkami na sprzedaż tylko raczej pojedyncze sztuki. Tu raczej działa mechanizm: widzę coś w TV, chcę takie. A do tego dochodzi też zupełne zdziczenie, bo jak inaczej nazwać to, że trójka nastolatków napada na staruszkę i rozbiera ją.



Przeczytaj: Wiemy jak będzie wyglądała Polska w 2035 roku

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl