Starzy już nam nie trujcie

Anita Karwowska
04.09.2011 19:40
Od młodzieżowych aktywistów słyszę, że studenckie wakacje to nie czas na poważne rozmowy, np. o bezrobociu, umowach śmieciowych itd. Obserwatorzy polityczni komentują: zainteresowanie polityków młodymi pokoleniem może być pozorne, bo nie warto zabiegać o poparcie kogoś kto i tak nie pójdzie na wybory
Wczoraj w Łodzi liderzy PO przekonywali działaczy młodzieżowej przybudówki swojej partii, że rząd ma dla nich dobrą ofertę. Szef doradców premiera Michał Boni, współautor opublikowanego w ubiegłym tygodniu raportu "Młodzi 2011" namawiał 20 - i 30-latków do społecznego zaangażowania.

Szef doradców premiera mówił do pokolenia, które polityką średnio się interesuje. Według ostatnich sondaży, to właśnie młodzi wyborcy (grupa 18-24 lata) są największą niewiadomą w październikowych wyborach parlamentarnych. Deklarują, że do głosowania pójdą, albo nie wiedzą, kogo poprą. Politolodzy spekulują, że frekwencja wśród młodych może być więc w tych wyborach niższa niż była w 2007 r. (52 proc.).

Raport "Młodzi 2011" miał uwagę młodych przyciągnąć. Na jego prezentację w ub. tygodniu zaproszono m.in. działaczy organizacji studenckich. Dokument miał rozpocząć dyskusję o tym, co trzeba zrobić w Polsce, by uratować "stracone pokolenie".

Jak się przekonałam, młodzi są taką dyskusją już mało zainteresowani. Spytałam studentów o to, co sądzą o propozycjach rządu dla swojego pokolenia i czego w tych pomysłach brakuje.

- Są wakacje, będziemy rozmawiać o tych propozycjach w nowym roku akademickim - usłyszałam od Andrzeja Trubiłowicza, rzecznika Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

- To ważne problemy, ale nie planujemy żadnej debaty. O młodych na rynku pracy będziemy rozmawiać podczas planowanej na wiosnę konferencji - mówi Karolina Nurkowska z Europejskiego Forum Studentów AEGEE Kraków.

Polska Rada Organizacji Młodzieżowych (należą do niej najważniejsze organizacje studenckie i młodzieżowe w kraju) też nie zabiera głosu. - Propozycje rządu są ogólne, ale to dobry punkt do dyskusji. Na razie wciąż zapoznajemy się z dokumentem i nie podejmujemy debaty. Poza tym nie chcemy wpisywać się w kampanię wyborczą - mówi Andrzej Dąbrowski, przewodniczący PROM.

Na pomysły Boniego zareagowało tylko Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie. Dzień po opublikowaniu dokumentu rozesłali do mediów list otwarty do premiera, w którym apelują m.in. o podwyższenie podatków dla najbogatszych i tworzenie nowych miejsc pracy przez państwo. Ale na liście skończyli. - Publicznej debaty z innymi organizacji studenckimi nie będzie, bo inaczej patrzymy na te problemy i mamy zupełnie różne rozwiązania - tłumaczy Maciej Łapski, student prawa na UW, działacz DZS.

Podczas wczorajszej konwencji w Łodzi premier Donald Tusk przekonywał młodych, by poszli do wyborów. - Od tego, kto będzie rządził przez następne cztery lata, zależy prywatne życie każdego z was. Polityka to nie jest abstrakcyjna zabawa w telewizji - mówił. Choć premier mówił długo, to nic nowego nie powiedział.

Paweł Ciacek, prezes fundacji Projekt: Polska, od lat angażujący się w przedwyborcze kampanie profrekwencyjne, uważa, że skierowana do młodych polityczna oferta jest pozbawiona wizji, więc młodzi się nią nie interesują.

- Młodzi chcą, aby politycy wskazali kierunek, w którym kraj powinien się rozwijać. A nie żeby ktoś się nad nimi użalał. Chcieliby dostrzec, że jest w Polsce miejsce dla młodych ze specjalistycznym, nowoczesnym wykształceniem, że dla 18 - czy 20-latków jest plan na kolejne lata. Jeśli ten plan jest, to ja go nie dostrzegam. Młodzi chyba też nie - mówi Ciacek.

Zgadzam się. Chyba rzeczywiście, że polityczna oferta kierowana do młodych wygląda na ściemkę. I niestety zgadzam się z konkluzją Pawła Ciacka, że partie kalkulują: skoro młodzi nie pójdą na wybory, to nie warto na nich tracić energii.

Młodych postanowił zagospodarować Zigniew Hołdys. Przez cały wrzesień zaprasza osoby w wieku 18-25 lat na dyskusje o polityce ze znanymi politykami i dziennikarzami (miejsce: klub Chwila przy ul. Ogrodowej w Warszawie). Ciekawe, czy te imprezy wyjdą poza formę "pogadanek z ciekawym człowiekiem" i coś pożytecznego się z nich narodzi. Trzymam kciuki.

Z listów do "Metra"

Będąc młodą bez perspektyw
Mam 27 lat i mieszkam w Warszawie. Bardzo długo nie mogłam znaleźć pracy. Urząd pracy okazał się o tyle pomocny, że płacił ubezpieczenie zdrowotne. Teraz podpisałam umowę o dzieło na rok. Ubezpieczenie muszę opłacać sama. I nie bardzo rozumiem, dlaczego nie jest ono zależne od zarobków. W tym miesiącu dostanę 450 złotych, składka wynosi 321. A co z resztą? Rachunkami i wydatkami na życie? Zdaje się, że nikt nie wziął pod uwagę tego, że czasami nie ma żadnych zleceń i wtedy przychody mogą wynieść zero. Dlaczego składkę liczy się od średniej krajowej, którą mało kto tak naprawdę w tym kraju zarabia?
Muszę pomyśleć o jakimś funduszu emerytalnym, bo firmy nieszczególnie kwapią się, by pobłogosławić kogoś umową o pracę.
Mam wyższe wykształcenie. Poświęciłam lata na naukę, bo zawsze mi wpajano, że bez tego nigdzie nie zajdę. Wydałam jakieś osiem średnich krajowych na same studia. Gdzie zaszłam? Obawiam się, że stoję ciągle w tym samym miejscu. Nazywa się: Brak Perspektyw.
Marta

Kto nie ma pracy, sam jest sobie winien
Przeczytałem Wasz artykuł dotyczący braku pracy dla ludzi młodych. Nie wiem, czy obecne pokolenie nastawione jest tak negatywnie, czy są to tacy nieudacznicy. Mam 26 lat i moje studia kończą się. Pracę dorywczą zacząłem już na pierwszym roku studiów, traktowałem ją jako kieszonkowe. Pod koniec studiów zacząłem szukać pracy, którą znalazłem (przyznaję) po sześciu miesiącach. Ale mimo braku udokumentowanego doświadczenia rozpocząłem pracę w dużej firmie, zarabiając tyle, że stać mnie na utrzymanie się samemu, samochodzik i jeszcze zostaje kilka groszy. Tak więc można?
W liście do "Metra" Krzysiek pisze, że w jego firmie nie ma szans na awans. A szukasz lepszej pracy? W Polsce proszę wybaczyć, nie pracuje tylko ten, kto nie chce albo życiowy nieudacznik.
Praca albo komornik? Nie wnikam w Twoją sytuację życiową, która przy mieszkaniu z rodzicami zmusiła Cię do brania kredytów i pożyczek, ale sam sobie jesteś winien. Myślałeś, że tego nie będzie trzeba spłacić?
Doświadczenie to ściema? Racja! Tylko pokaż, że coś potrafisz, bo większość szanujących się firm głównie na to patrzy.
Jarek

Jak udało się mi dostać umowę na czas nieokreślony
Ustawa z 1 lipca 2009 r. o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców wyznaczała koniec kryzysu na 22 sierpnia 2011 r. Od tego czasu osoby zatrudniane kilkakrotnie na czas określony, umowę o dzieło itp. musiały być w najgorszym razie zwolnione lub pracodawca miał podpisać z taką osobą umowę na czas nieokreślony.
Pracowałem na umowę na czas określony przez ostatnie pięć lat. Kolejną umowę podpisywałem co roku (pięć razy); ważność ostatniej kończyła się właśnie 22 sierpnia tego roku. Moje szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że w pracy miałem dwóch zmienników, jeden odszedł do innej firmy a drugi awansował. Zostałem więc sam i ufff... Udało się. Po pięciu latach uzyskałem umowę o pracę na czas nieokreślony. Ale stało się to tylko dzięki zbiegowi okoliczności i dlatego, że państwo musiało zmusić mojego pracodawcę do ustępstw.
Marek z branży farmaceutycznej

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl