Świat byłby lepszy, gdyby wszyscy czytali

Aneta Szeliga
02.10.2011 20:17
Zaczął pisać, ponieważ uczniowie w prestiżowej szkole, w której pracował, nie chcieli czytać. Sześć lat temu założył własną szkołę, która cieszy się takim powodzeniem, że trzeba się do niej zapisywać z czteroletnim wyprzedzeniem. Nam zdradził, jakim jest dyrektorem i dlaczego musiał siedzieć w kozie, gdy sam był uczniem. John Marsden, najpopularniejszy australijski pisarz dla młodzieży, przyjechał do Polski w związku z promocją swojej bestsellerowej serii ?Jutro?
Z Johnem Marsdenem rozmawia Aneta Szeliga

W Polsce spotkał się pan z uczniami jednej z warszawskich szkół. Jak podobała się panu polska młodzież?

- Byli świetni! Inteligentni, wyrobieni. Myślę, że bardziej świadomi ogólnego obrazu świata niż młodzi ludzie w Australii.

Jak przebiegało spotkanie?

- Nie lubię mówić o swoich książkach. Więc jeśli tylko mam szansę, mówię młodym ludziom o tym, jak ważny jest ich własny język, styl, głos. Nie powinni używać języka jak roboty czy biurokraci, bez życia, bez energii i zaangażowania.

Nasza młodzież niestety nie czyta, a jak to wygląda w Australii?

- Jeszcze niedawno tolerowaliśmy poziom analfabetyzmu, który teraz jest nie do przyjęcia. Jakieś dziesięć do piętnastu procent uczniów miało problemy z nauką, więc mogli zostać najwyżej farmerami uprawiającymi ziemniaki. Teraz duży nacisk kładzie się na czytelnictwo. Zwłaszcza chłopcy mają trudności z czytaniem. Nie ma jednak takiej reguły, że wszyscy muszą czytać. Że świat byłby lepszy, gdyby wszyscy czytali, nawet jeśli ja tak uważam. Czytanie nie jest dla każdego.

Co czytał pan jako nastolatek?

- Głównie książki przygodowe, Iana Fleminga. Dużo się z nich nauczyłem jako późniejszy autor o prowadzeniu fabuły, utrzymywaniu napięcia. Oczywiście czytałem też klasykę, Jane Austin, Szekspira, Thomasa Hardy'ego. Potem przeczytałem "Buszującego w zbożu" i to był dla mnie szok. Po raz pierwszy bohater książki mówił to, co ja myślałem. To była rewolucja. Myślałem, czy to legalne pisać w taki sposób?

Czego pan się nauczył od Salingera?

- On uświadomił mi, czym jest "głos" w opowiadanej historii. Każda z postaci powinna mieć swój "głos". Kiedy piszesz, ten głos wykonuje za ciebie całą pracę. Jeśli znajdę odpowiedni "głos" dla bohatera, wiadomo, jak on wygląda. Nie muszę opisywać, jaką ma fryzurę czy nawet sypialnię. Rozmawiając o "głosie", czemu główna postać serii "Jutro" to dziewczyna?

- Czasami sam się nad tym zastanawiam. Nie, nie przebieram się w damskie ciuchy, kiedy jestem sam. Nie mam sekretnego życia.

To musiało być trudne, opowiadać z perspektywy dorastającej dziewczyny.

- Nie, to nie było trudne, ponieważ uważnie słucham. Więc jeśli tylko znajdę odpowiedni "głos" dla postaci, potrafię sprawić, by była przekonująca

W pańskich szkolnych latach szkoła była represyjna?

- O tak, zwłaszcza liceum. Podstawówkę wspominam miło. A potem poszedłem do militarnej szkoły średniej w Sydney, co zupełnie do mnie nie pasowało. Źle mi szło ze wszystkich "wojskowych" przedmiotów, byłem kiepski w sporcie, a to były dwie najważniejsze dziedziny w tej szkole. Ale na ostatnim roku zacząłem pisać do szkolnego newslettera o futbolu, w których moi koledzy odnosili sukcesy. To sprawiło, że poczuli się ważni, docenieni, a mnie przydało nieco prestiżu.

Jakie błędy popełniali pańscy nauczyciele?

- Nie traktowali nas po partnersku. Kiedy byliśmy w ostatniej klasie, prosiliśmy, żeby traktowali nas jak równych sobie. Odpowiadali, że gdyby to zrobili, przestalibyśmy ich szanować. Mówiliśmy, że będzie właśnie odwrotnie. Ale nie potrafili przemóc się i zburzyć tego muru. Spędziłem tysiące godzin, wpatrując się we wskazówki zegara, nudząc się potwornie. Niektórzy nauczyciele tolerowali to, że pod ławką czytałem książki, ale nie wszyscy. Musiałem więc często przychodzić do szkoły w sobotnie poranki i odsiedzieć kilka godzin "kozy".

W takim razie dlaczego został pan nauczycielem?

- Chciałem im udowodnić, że się mylili i że do mojej szkoły sami chcieliby posłać swoje dzieci. Dlatego stworzyłem szkołę, o której sam marzyłem. Myślę, że w naszych zajęciach jest coś znaczącego. Nie tracimy czasu na rzeczy niepotrzebne. Ważne jest to, aby otworzyć dzieciakom oczy i umysły tak szeroko, jak to tylko możliwe. Jedna z australijskich XIX-wiecznych książek o edukacji zatytułowana jest "O zdobywaniu mądrości". To dość ironiczny tytuł, bo edukacja powinna być właśnie zdobywaniem mądrości, a często nie jest.

A jak wygląda nauka w pańskiej szkole?

- Są normalne przedmioty. Ale też dużo kreatywnych zajęć, takich jak taniec, muzyka, sztuka. Często podporządkowujemy cały rozkład zajęć jednemu przedmiotowi. Na przykład dwa tygodnie temu mieliśmy "Festiwal idei" i cała szkoła zgłębiała filozofię i inne abstrakcyjne dziedziny. Najmłodsi z uczniów mają 5 lat, więc już dość wcześnie staramy się zainspirować ich do innego, bardziej złożonego sposobu myślenia. Poza tym mamy tygodnie tematyczne: tydzień historii, tydzień pisania, tydzień sztuki - uczniowie wybierają malowanie albo ceramikę i tylko tym się zajmują. Staramy się cały czas, by mieli świadomość, że mogą wybrać spośród bardzo wielu możliwości. By mieli kontakt z inspirującymi, ciekawymi osobami.

Brzmi wspaniale.

- I to wcale nie kosztuje dużo pieniędzy, tylko wymaga energii i zaangażowania. Moja główna zasada, jako dyrektora szkoły, brzmi "Mów na wszystko tak". Kilka dni temu przyszła do mnie grupa uczniów, 13-14-latków. Spytali, czy mogą pomalować szkolny hol. Odpowiedziałem: Tak, zróbcie to, pomalujcie go. Jeszcze nie skończyli, no ale trudno. Przychodzi do mnie nauczyciel i mówi: Chcę jutro zabrać uczniów do galerii albo na warsztaty z pisania. Odpowiadam: Tak! Tak! Tak! Świetnie! Oczywiście! To wspaniałe! Na pokaz haute couture z Paryża zabraliśmy całą szkołę, nawet chłopców. W zeszłym roku byliśmy na wystawie Salvadora Dalego w Melbourne. Mojemu synowi, który wtedy miał 5 lat, zrobiło się niedobrze... Myślę, że to z powodu wszystkich tych niepokojących obrazów. Wzięliśmy go na zewnątrz i zaczął wymiotować. Ale nie żałuję. Pomyślałem, jak silna musi być sztuka, która tak działa na 5-latka.

Co na to wszystko rodzice?

- Tłumaczymy im, że to jest edukacja. Część programu szkolnego. Na początku roku podpisują formularz, że zgadzają się na to, by nauczyciele mogą wszędzie zabierać uczniów. Działamy już szósty rok i to jest niesamowite. Inne alternatywne szkoły upadają, głównie dlatego, że są zakładane przez rodziców, którzy cały czas się kłócą. Ja jestem dyktatorem, choć na swój miły sposób.

Dyktatorem, który na wszystko się zgadza, zawsze mówi Tak?

- Pracowałem kiedyś przez sześć tygodni w prywatnej szkole dla dziewcząt, bardzo drogiej. I przez sześć tygodni słyszałem, jak nauczyciele powtarzali im: Bądźcie cicho, ciii. I pomyślałem sobie, że te dziewczyny są uczone tego, żeby w przyszłości nie zabierały głosu, żeby się zamknęły. To straszne. Powinno być odwrotnie. One powinny być wspierane, żeby wyrażały swoje zdanie, swoje opinie, siebie. Zawsze w tym wspieram moich uczniów.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl