Drobiowo-cielęca paróweczka niezgody

Anita Karwowska
13.11.2011 18:59
Matka dwuletniego chłopca znalazła w parówce Gerbera kawałek niebieskiej folii. Poszła z korporacją na wojnę. Nadal nie wiadomo, jak plastik znalazł się w posiłku dla maluchów, chociaż w sprawę zaangażowano już prawników, prokuraturę, sanepid i UOKiK
W pierwszych dniach października syn mieszkającej pod Warszawą pani Ewy miał po raz drugi w życiu zjeść na obiad paróweczki drobiowo-cielęce DoReMi wyprodukowane przez Gerbera (marka należy do grupy Nestlé). Paróweczki przeznaczone są dla dzieci powyżej roku. Dwuletni chłopiec jest alergikiem, dlatego dłużej niż jego rówieśnicy je posiłki ze słoiczków. Dzień wcześniej jadł parówki sam, tym razem mama pokroiła mu je na kawałki. - W jednej z cząstek zobaczyłam niebieską folię, mającą ok. centymetra długości - mówi.

Kobieta zadzwoniła na infolinię Gerbera z reklamacją. Tam zaproponowano, by dostarczyła parówkę do badań. - To niezbędne, by ustalić przyczyny reklamacji i rozwiać wątpliwości co do jej zasadności - tłumaczy Beata Krawczyk, rzeczniczka Nestlé Polska.

- Nie zgodziłam się, bo nie chciałam, by Nestlé zatuszowało sprawę. Oczekiwałam, że na poważnie zajmą się moją skargą, tj. sprawdzą system produkcji tych parówek, a jeśli będzie to konieczne, wycofają ze sklepów całą serię. Zamiast tego usłyszałam, że w ramach zadośćuczynienia firma przekaże mi kosz swoich produktów - opowiada.

Parówkę z folią schowała więc do zamrażarki, po czym wynajęła prawnika, który napisał skierowaną do producenta ofertę ugody. Skonsultowała też z pediatrą, czym groziłoby połknięcie folii przez malucha.

- Gdyby moje dziecko zjadło coś takiego, mogłoby się udusić, a w najlepszym przypadku skończyłoby się to operacją - usłyszała od lekarza.

Zażądała od korporacji 120 tys. zł zadośćuczynienia za narażenie na niebezpieczeństwo utarty życia lub zdrowia jej syna, 30 tys. zł na cele charytatywne oraz przeprosin w dwóch stacjach telewizyjnych zagwarantowania poprawy jakości sprzedawanych produktów. W zamian za to zaproponowała, że zamknie temat i nie będzie nagłaśniać go w mediach. Następne dni jej adwokat spędził na telefonie, negocjując z radcą prawnym korporacji. Firma namawiała Ewę, by przekazała parówkę do badań laboratoryjnych. Zdesperowani prawnicy Nestlé zaproponowali nawet, by parówkę odebrać u notariusza, który potwierdziłby, że klientka przekazała próbkę do badań. Na to też kobieta się nie zgodziła.

- Walczę z jedną z największych firm na świecie. W ten sposób straciłabym jedyny dowód, jakim dysponuję, a potem zostałabym oskarżona o to, że ich szkaluję - tłumaczy.

O odszkodowaniu Nestlé słyszeć nie chce. Zamiast pieniędzy firma wysłała klientce list, że o jej propozycji zawiadamia prokuraturę. Niewłaściwe jest proponowanie milczenia za pieniądze - twierdzi producent.

- Nie mogliśmy przystać na propozycję ugody, bo naszym zdaniem jest nie tylko niezgodna z prawem, ale też uderzałaby w interesy i poczucie bezpieczeństwa pozostałych klientów - mówi Krawczyk.

- Z ofiary zostanę przestępcą - odpowiada Ewa. Ale nie odpuszcza. O folii zawiadomiła sklep, w którym kupiła pechowe parówki. Market potwierdził nam, że natychmiast wycofał tę serię słoiczków ze sklepów.

Złożyła też skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta i sanepidu. Sanepid nie ma wyników kontroli. Ale urzędników specjalnie nie dziwi, że klientka zażądała odszkodowania. - Producent ponosi odpowiedzialność za bezpieczeństwo swoich produktów, a klient może dochodzić swoich praw także na drodze cywilnej - mówi Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektora Sanitarnego. Zaznacza jednak, że o sprawie Gerbera nic nie wie.

Po miesiącu walki z Nestlé Ewa skłonna jest przekazać producentowi fragment zamrożonej parówki. Nie wyklucza jednak także tego, że o odszkodowanie pójdzie teraz walczyć do sądu.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl