Zakupolubstwo na kryzysoodporność

Julia Mardeusz, Michał Stangret
28.11.2011 21:00
Polacy czekali, czekali i czekali na kryzys. A on nie nadchodził. Dlatego w ostatni weekend uzbroili się w gotówkę, karty kredytowe i ruszyli szukać łupów, aby - kiedy ten kryzys nadejdzie - jakoś go przeczekać
Właściciele centrów handlowych przecierali oczy, gdy wczoraj pracownicy położyli im na biurka weekendowe odczyty z czujników monitorujących liczbę wejść do sklepów (tego typu urządzenia są umieszczone przy wszystkich drzwiach większości dużych centrów handlowych).

- W ciagu dwóch dni przyszło 103,5 tys. osób, w analogiczny weekend ub.r. było to niecałe 92 tys. To tegoroczny rekord - mówi Tomasz Pietrzak z katowickiej galerii Silesia City Center. Tegoroczny rekord, galeria pobiła cztery weekendy z rzędu, rekordowy jest cały listopad.

Czujniki ruchu grzały się w weekend nie tylko w Silesii. Szefostwo wrocławskiej Magnolii Park mówi o 12 proc. wzroście w porównaniu do analogicznego weekendu ub.r. W stołecznym Blue City: wzrost o 30 proc.

- W sobotę mieliśmy o 47 proc. więcej klientów niż w przeciętną sobotę roku. Niedziela to 40-procentowy wzrost - mówi Małgorzata Maier, rzeczniczka Blue City.

I jak tu mówić o kryzysie? - Ludzie czekali, czekali i nie nadszedł. A, że my Polacy nie lubimy czekać, postanowiliśmy opróżnić konto i zacząć załatwić świąteczne zakupy zawczasu - mówi Maier.

Inni dodają, że ruszyliśmy wcześniej na przedświąteczne zakupy, licząc na atrakcyjne ceny. Bo sklepy atakują przedświątecznymi off'ami nawet rzędu 50 proc.

Ale wszyscy podkreślają, że padliśmy też ofiarą marketingowych chwytów (niektóre sklepy zaczęły serwować świąteczny wystrój i "Last Christmas" Wham'u zanim znicze z 1 listopada zdążyły zgasnąć).

- Trzeba przyznać, atmosfera świąteczna jest umiejętnie dawkowana. Do niedawna to były tylko akcenty, gdzieniegdzie czerwone wstążki. Dekoracje w złotych, czerwonych i zielonych kolorach pojawiały się potem coraz więcej - mówi Pietrzak.

Za chwilę dołączą śnieżynki w bieli. A za 2 tygodnie pojawi się tłum mikołajów i aniołków. - Na razie tego nie ma, bo mogłoby stwarzać wrażenie nachalności. Handlowcy, przewidując ryzyko zaciskania pasa przez klientów, nie chcieli obciążać gwiazdkowymi wydatkami grudniowej pensji - mówi.

Sklepy wpadły też na pomysł, by - po drodze między śnieżynką a Mikołajem - wykorzystać jutrzejsze Andrzejki (np. do łódzkiej Manufaktury zawita wróżąca cyganka, każdy Andrzej w tamtejszej meksykańskiej restauracji dostanie prezent).

Badania naszych planów co do świątecznych wydatków wskazują, że będą one zbliżone do zeszłorocznych. Handel ma nadzieję, że wydamy znacznie więcej, bo ostatni weekend był dopiero początkiem zakupowego szału.

- Spodziewamy się, że w nadchodzący weekend odwiedzi nas jeszcze więcej klientów. To będzie ostatni weekend przed mikołajkami. I będzie to też początek miesiąca - mówi Monika Lewczuk, rzeczniczka stołecznej Arkadii. A większy ruch w sklepach i butikach widać na początku i tuż po 10 dniu miesiąca, bo wtedy większość Polaków dostaje wypłaty na konta.

Skoro jednak rekord pobiliśmy przed wypłatą, to chyba rację miał brytyjski dziennik "Financial Times", który kilka tygodni temu, komentując 11,4 proc. wzrost sprzedaży detalicznej w Polsce we wrześniu, stwierdził. - Europejska gospodarka jest u kresu sił. Ale wygląda na to, że nikt nie powiedział o tym Polakom. Ostatnie dane o październiku mówią o kolejnym zaskakującym 11,2-procentowym wzroście.

Czy może ten tłok w sklepach wynikał z tego, że upatrywaliśmy prezenty, a nie kupowaliśmy?

- Wykluczone, przedgwiazdkowy rekonesans większość z nas zrobiła już w październiku - mówi Pietrzak.

A co mają począć ci, którzy jeszcze nic nie kupili? Małgorzata Maier z Blue City radzi brać urlop w poniedziałek. Mniejszy ruch. Tak wygląda kryzys w Polsce.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl