Ostatnia szarża Elbanowskich? Historia batalii z reformą sześciolatków

Alicja Bobrowicz
24.07.2014 18:18
Tomasz i Karolina Elbanowscy, liderzy walki z reformą sześciolatków, znów zbierają podpisy pod swoim projektem ustawy. Liczą, że posłów przekonają... zbliżające się wybory
- Pięć lat przekonywania, że reforma jest porażką, wystarczy. To ostatnia batalia! - mówiła w ub. roku Karolina Elbanowska, kiedy razem z mężem zaczynali zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie reformy sześciolatków. Teraz rodzice siódemki dzieci z Legionowa wracają do gry. I tym razem mówią, że to ostatni raz.

Przypomnijmy: > 2011 r. - prowadzone przez nich Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców zbiera 347 tys. podpisów pod projektem ustawy, która odwoływała obowiązek szkolny dla młodszych dzieci. Choć przepadł w Sejmie, to tuż przed wyborami Platforma Obywatelska wstrzymała reformę na kolejne dwa lata. > 2013 r. - zbierają podpisy pod wnioskiem o referendum. Do swojego sztandarowego postulatu dokładają m.in. likwidację gimnazjów. Rząd ustępuje po raz kolejny. Ogłasza, że w 2014 obowiązkowo do szkół pójdzie połowa rocznika sześciolatków, a dopiero w 2015 wszystkie. Elbanowscy nie odpuszczają, zanoszą do Sejmu prawie milion podpisów. Wniosek przepada, a premier Donald Tusk wymienia ministra edukacji. Joanna Kluzik-Rostkowska na sztandary bierze dokończenie reformy i przekonanie do niej rodziców (w tym roku szkolnym tylko niecałe 18 proc. zdecydowało się na wysłanie sześciolatka do pierwszej klasy). > Elbanowscy namawiają do buntu. Za pośrednictwem infolinii podpowiadają rodzicom, jak zdobyć odroczenie obowiązku szkolnego (ok. 2 tys. interwencji). Rodzice szturmują poradnie psychologiczno-pedagogiczne; szacuje się, że co piąty sześciolatek, który miał pójść do pierwszej klasy, zostanie w domu.

Teraz Elbanowscy wracają z hasłem "Rodzice chcą mieć wybór" i kolejnym projektem nowelizacji ustawy. W tydzień zorganizowali sto punktów zbiórki podpisów. Do grudnia musieliby zebrać ich 100 tys.

Projekt jest naszpikowany zmianami, które wywracają reformę (ale też inne formy działalności szkoły) do góry nogami. Myśl przewodnia jest taka, by to rodzic decydował nie tylko o tym, kiedy posłać dziecko do szkoły, ale też o tym, co się z nim dzieje później. Autorzy projektu chcą m.in. by: - do pierwszej klasy szedł obowiązkowo siedmiolatek (sześciolatek mógłby), - pięciolatek nie musiał (a mógł) chodzić do zerówki, - rodzice mogli wybrać, czy chcą rządowy podręcznik (od września każdy pierwszoklasista dostanie za darmo rządowy elementarz), czy kupiony na rynku (za dotację z budżetu państwa), a w przedszkolach mogli jak kiedyś płacić za dodatkowe zajęcia, - każda szkoła miała stołówkę (a na prośbę rodziców także kuchnię), - gmina musiała zorganizować transport do szkoły.

Kolejna akcja Elbanowskich już wywołała dyskusję w mediach społecznościowych. Nie brakuje komentarzy, że para robi szum wokół sześciolatków, bo z zajmowania się nimi zrobiła sobie sposób na życie. Małżeństwo nie kryje, że utrzymuje się z pieniędzy fundacji.

Tomasz Elbanowski tłumaczy, że to dobry czas na to, by zawalczyć o to, aby rodzice mieli wybór. Zbliżające się wybory (jesienią samorządowe, w przyszłym roku - parlamentarne) mogą wpłynąć na decyzje posłów. - Zmiany mogłyby zostać przyjęte wiosną i uratować dzieci, które mają pójść do szkoły w 2015 roku, kiedy będzie większa, niż się spodziewano, kumulacja uczniów. Reforma była i jest nieprzygotowana, a sześciolatek nadal nie jest gotowy na funkcjonowanie w systemie ławkowo-dzwonkowym - mówi.

Elbanowscy nie idą na żaden kompromis. Choć Ministerstwo Edukacji w ciągu ostatnich miesięcy zrealizowało część obietnic składanych rodzicom od lat. W końcu opisało w przepisach, m.in.: jak ma pracować świetlica i kiedy można zostawić sześciolatka w zerówce, zakazało oceniania po pierwszej klasie i przerywania lekcji dzwonkami. Tegoroczne badania Pedagogium Wyższej Szkoły Nauk Społecznych w Warszawie wykazały, że 79 proc. rodziców, którzy posłali sześcioletnie dzieci do szkoły, jest z tego zadowolonych.

Zobacz także
  • Podziel się