Lucy żyje w każdym z nas - tak o bohaterce nowej płyty "Lucy And The Loop" mówi Kasia Stankiewicz

Konrad Wojciechowski
19.10.2014 18:11
Kasia Stankiewicz, była wokalistka Varius Manx przywiozła swoje piosenki obrazy z podróży po Islandii
Z Kasią Stankiewicz rozmawia Konrad Wojciechowski

Lucy to postać fikcyjna czy twoje alter ego?

- Lucy została ulepiona z moich cech, ale włożyłam w nią kilka takich, które podziwiam u innych ludzi. Jest postacią nieidealną, tak jak każdy z nas. Pomogła mi wyrazić siebie i każda z dziesięciu piosenek na płycie jest osobną emocją, które składają się na opowieść o przebudzeniu, stopniowym odnajdywaniu własnych wartości czy podejmowaniu ważnych decyzji.

Ile czasu zajęło ci lepienie twojej bohaterki, kawałek po kawałku?

- Najpierw powstały piosenki, a potem, słuchając ich, zaczęłam zastanawiać się na tym, jak te emocje pokazać na zdjęciach. I wymyśliłam postać, której lepienie okazało się fajnym zajęciem. Trwało to chwilę, ale więcej czasu zajęła rejestracja materiału, który powstawał przez kilka lat.

To od strony technicznej, a od czysto ludzkiej?

- Każda płyta twórcy, który pisze prawdę, jest zapisem konkretnego momentu w jego życiu. Kiedy ta opowieść powstawała, byłam samotna, o czym mówi utwór "Alone". Ale mój nastrój zaczął się zmieniać i widać to w kolejnych piosenkach, w których jest coraz więcej słońca, tańca i wiatru we włosach. Czy płyta kończy się happy endem? Jestem życiową optymistką, co niekoniecznie słychać na moich płytach. Ale ani szczęście, ani troska nie są nam dane na stałe. Po nocy zawsze przychodzi dzień i odwrotnie. Przeżywamy różne stany - jesteśmy na szczycie, choć czujemy się zdołowani albo znajdujemy się na dnie, ale potrafimy kwitnąć jak ptak. Ja właśnie teraz rozkwitam.

Teledysk do "Lucy", sesję zdjęciową i prace finalne nad płytą robiłaś w Islandii. Dlaczego akurat tam?

- Przygoda z Islandią zaczęła się dwa lata temu. Poszukiwaliśmy z producentem Luką odpowiedniego miejsca, w którym można byłoby dopieścić album pod względem brzmienia. Wysyłaliśmy materiał do różnych studiów w Polsce i Europie, ale najbardziej esencjonalną odpowiedź dostaliśmy od ludzi z Islandii. Wyjazd do krainy gejzerów okazał się strzałem w dziesiątkę. Znaleźliśmy się w miejscu pod każdym stopniem pasującym do mojej bohaterki. Islandia jest nieprzewidywalna z powodu pogody, która potrafi zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni w ciągu raptem pięciu minut. Może być mglisto, by za chwilę zrobiło się rześko i malowniczo.

Islandia wydaje się depresyjnym miejscem. Przeżywałaś tam huśtawkę nastrojów?

- To jest najmniej depresyjne miejsce, w jakim byłam! Lecąc do Islandii, trochę się obawiałam braku dwóch rzeczy, które kocham najbardziej: słońca i drzew. Ale widok na sąsiadujące ze sobą morze i góry po otwarciu okna zrekompensował tę stratę. Islandczycy żyją w zgodzie z naturą. Nie czują ciśnienia, pracują na zwolnionych obrotach. Zakupy na stacji benzynowej trwają dużo dłużej niż w Polsce, a na maile odpisuje się tam dopiero po tygodniu albo nawet dwóch [śmiech].

Widziałaś słynny Eyjafjallajökull, który cztery lata temu eksplodował pyłem i sparaliżował przestrzeń powietrzną nad Europą?

- Mieszkałam dokładnie pod tym wulkanem. W uśpieniu jest dużo bardziej przyjazny.

To tam trafiłaś na ludzi, którzy zrobili z Lucy coś więcej niż płytę z muzyką?

- Poznałam grupę polskich artystów z Nowego Jorku i Reykjaviku, którzy po przesłuchaniu moich piosenek wpadli na pomysł zrobienia 10 zdjęć do tych kompozycji. Ale na tym nie koniec, bo projekt rozrósł się o kolejnych twórców. Zadziałała magia dziesiątki. I tak do muzyki z "Lucy And The Loop" powstało 10 rzeźb i etiud filmowych czy obrazów, a nawet kolekcja ubrań. Z czasem powstanie multimedialna strona, na której będzie można obejrzeć całe przedsięwzięcie i na przykład kupić sobie obraz pasujący do jednej z piosenek.

Myślisz, że Lucy mieszka w każdym z nas?

- Jestem o tym przekonana. Mam poczucie, że żyjemy w konkretnym smaku, zapachu i języku. I ten świat jest bardzo poukładany, dopóki nasz azyl się nie zawali. Nazywam to pierwszym kopem w twarz, który powoduje przebudzenie i każe zmierzyć się z przeciwnościami losu. Historia tej płyty zaczyna się w trudnym dla mnie momencie. Kop w twarz był bardzo bolesny.

Rozstanie z Varius Manx było przy tym również kopniakiem czy tylko muśnięciem?

- To była bułka z masłem [śmiech]. Granie w zespole traktowałam jako realizację marzenia, które bardzo chciałam, żeby się spełniło. Rozstanie było naturalnym procesem i furtką do własnego rozwoju. Nie miałam tam już nic więcej do zrobienia.

A kiedy słyszysz w radiu "Orła cień", który mocno cię wylansował, to zakrywasz uszy zażenowana?

- Absolutnie nie - robię głośniej i jestem dumna. Miałam szczęście trafić na ludzi, z którymi nagrałam wielki przebój. To niesamowite mieć przebój, który nadal razi swoją siłą, chociaż od premiery upłynęło 16 lat. Gdyby dzisiaj tak dobry pop gościł w radiu, muzyka by wyszlachetniała.

Jest bezpłatna, działa na smartfonach i tabletach. Ściągnij aplikację Dziennika Metro na Androida!



Więcej o: