W tegorocznych wyborach samorządowych pojawiło się rekordowo wielu aktywistów miejskich. Mają szansę na zwycięstwo?

Anita Karwowska
21.10.2014 18:39
- Musiałem przyzwyczaić się do złego prawa, które paraliżuje pracę, i ciągłego szukania pieniędzy - mówi społecznik, który został burmistrzem podwarszawskiego Brwinowa. Ale startuje ponownie
W tegorocznych wyborach samorządowych pojawiło się rekordowo wielu aktywistów miejskich. Ludzie zaangażowani do tej pory w walkę o ścieżki rowerowe, budowę dróg, ochronę parków, place zabaw - teraz sięgają po realną władzę. Startują na radnych, burmistrzów, prezydentów. Sceptycy powątpiewają, czy idealiści, specjaliści od akcyjnego działania, będą umieli odnaleźć się w urzędniczych procedurach i rutynie. I zadają pytanie, czy społeczny aktywista, który wchodzi do polityki, zmienia ją, czy raczej polityka go zmienia, zabierając energię, idealizm i świeże spojrzenie. A to właśnie atrybuty, którymi ruchy miejskie reklamują się w walce o głosy wyborców.

Cztery lata temu takiego transferu dokonał Arkadiusz Kosiński (dziś 42 lata). Zanim wystartował w wyborach samorządowych, przez dwa lat kierował Stowarzyszeniem Projekt Brwinów. Zabiegał o udogodnienia dla rowerzystów, ochronę zabytków, niezależność lokalnych mediów. Kiedy wystartował, zabrał władzę rządzącemu gminą od dwóch kadencji burmistrzowi. Pytamy go, jak i czy odnalazł się w urzędniczym świecie.

Anita Karwowska: Ze społecznika został pan burmistrzem. Zderzenie z urzędniczą machiną musiało być bolesne.

Arkadiusz Kosiński, burmistrz gminy Brwinów: Szoku nie przeżyłem. Jako inżynier pracowałem przy różnego rodzaju budowach, jako kierownik miałem częsty kontakt z urzędnikami. Wiedziałem więc, jakich problemów mogę się spodziewać.

Jakich?

W stowarzyszeniu mieliśmy takie podejście: jeśli jest coś do załatwienia, to trzeba zrobić wszystko, by się udało. Jest problem - musi być rozwiązanie. A w urzędach wiele spraw ciągnie się latami, bo czegoś się nie da, bo przepisy są skomplikowane i obowiązują złożone procedury.

Co uczyło pana pokory?

Przede wszystkim złe prawo, które utrudnia pracę, a czasem ją wręcz paraliżuje. Ale obowiązuje i muszę się go trzymać. To m.in. prawo zamówień publicznych, które każe się kierować najniższą ceną przy rozstrzyganiu przetargów, na dalszy plan spychając wiarygodność wykonawcy i realność wykonania zlecenia. Innym problemem są pieniądze. Zwłaszcza gdy z budżetu gminy musimy pokrywać wydatki, które powinny być współfinansowane z budżetu centralnego. Oto przykład: dotacja rządowa nie starcza na prowadzenie referatu do spraw obywatelskich (wystawia m.in. dowody osobiste). Za mała jest też subwencja oświatowa. Od państwa dostajemy 12 mln zł, sami dokładamy 13 mln zł, m.in. na pensje dla nauczycieli i utrzymanie budynków.

Jako aktywista mógł pan walczyć o lepszy świat. Teraz dzieli pan pieniądze i musi tłumaczyć mieszkańcom, dlaczego nie starcza na wszystko, czego by oczekiwali.

Podejścia do tego, jak wydawać gminne pieniądze, nie zmieniłem. Są sprawy dla mieszkańców priorytetowe, to m.in. edukacja, ochrona zdrowia, pomoc społeczna. Pilnujemy się, by pieniądze wydawać według przemyślanej koncepcji. Inwestujemy np. w budowę przedszkola, planujemy rozbudowę jednej ze szkół. Przebudowujemy podstawowy szkielet dróg, dopiero gdy zostanie to zrobione, to w dalszej kolejności możemy robić mniejsze uliczki. Rozmawiam z mieszkańcami, ale nie uginam się przed tymi, którzy głośniej krzyczą. Szukam dodatkowych pieniędzy na inwestycje. Dzięki temu udaje się zrealizować w Brwinowie projekty, na które nie starczało. Wcześniej na inwestycje pozyskiwano ok. 7 mln zł rocznie. My w tegorocznym budżecie zarezerwowaliśmy na nie kwotę trzykrotnie większą. A zajmują się tym ci sami ludzie, co w poprzednich kadencjach.

To co się zmieniło?

Chyba wcześniej brakowało im śmiałości na inicjatywę. Ja zachęciłem ich, że warto szukać źródeł finansowania w różnych programach, dotacjach. Przychodzą do mnie, proponują, radzą się.

Czy wprowadził pan do urzędu swoich współpracowników ze stowarzyszenia?

Razem ze mną przyszło dwóch zastępców i kierowniczka. Ale ze stowarzyszenia wprowadziłem tylko jedną osobę. Pracuję w tym samym składzie, co mój poprzednik.

Stowarzyszenie działa nadal?

Tak, ale beze mnie. Trafiają do mnie ich projekty, różne wnioski. Jesteśmy w kontakcie. W ogóle mieszkańcy Brwinowa są mocno aktywni. Działa tu wiele stowarzyszeń sportowych, kulturalnych.

Wygrał pan z 70-procentowym poparciem. Po czterech latach ma pan dużo wrogów?

Nie mam takiego wrażenia. Do rady gminy ze swojego komitetu wyborczego wprowadziłem czterech radnych. To było mało, ale udało mi się przekonać innych członków 21-osobowej rady do współpracy. Nie musiałem toczyć walki. Dziś zresztą, niecały miesiąc do wyborów, w Brwinowie jeszcze nie ma kampanii wyborczej.

Ilu ma pan rywali w tej kampanii?

Dwie konkurentki.

Wchodzi pan w alianse polityczne?

Radni muszą kierować się interesem mieszkańców, nie wytycznymi partii. Dlatego trzymam się od takiej polityki z daleka. Nikt nie zna moich poglądów politycznych. Trzy partie, o skrajnie różnych programach, sondowały mnie przed tymi wyborami, czy nie chciałbym ich poparcia.

Skoro w Brwinowie jest tak dużo aktywistów, czy startują w tych wyborach?

Mamy 14 komitetów, w tym sporo osób zaangażowanych w działalność lokalną. Żadne stowarzyszenie nie założyło jednak komitetu pod własnym szyldem, startują z nich pojedyncze osoby.

A pamięta pan jeszcze po tych czterech latach, dlaczego pan wystartował?

Byłem rozczarowany tym, że kiedy składaliśmy projekty, burmistrz nie chciał słuchać naszych argumentów. Znudziło mnie odbijanie się od ściany.

Więcej o: