Sztuka o ukrywaniu Żydów w prywatnym mieszkaniu w Warszawie

Aneta Szeliga
17.11.2014 21:06
Tej sztuki nie zobaczycie w teatrze. Żeby ją obejrzeć, trzeba odwiedzić prywatne mieszkanie na warszawskim Powiślu. Kiedy otworzycie drzwi, napotkacie porozsnuwane wszędzie sznurki, liny i zostaniecie dosłownie wplątani w sieć osobistych historii. Niektóre z nich są opowieściami twórców spektaklu ?Hideout/Kryjówka? - reżysera Pawła Passiniego z NeTTheatre oraz autorki scenariusza Patrycji Dołowy, fotografki


Z Pawłem Passinim i Patrycją Dołowy rozmawia Aneta Szeliga



Jak powstał pomysł na zrobienie spektaklu o ukrywaniu Żydów w czasie wojny?

Paweł Passini: Zaczęło się od mojej cioci-babci Apolonii Starzec, która jest główną bohaterką tej sztuki. Jeszcze zanim w ogóle zacząłem się zajmować się teatrem, często mi opowiadała o wielkiej aktorce Irenie Solskiej, która w czasie wojny ją uratowała. Przez całe życie ciocia Pola chciała ją upamiętnić. Próbowała doprowadzić do tego, żeby Solska dostała medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, ale ktoś z rodziny to zablokował i do wręczenia nie doszło. Kiedy ciocia-babcia dowiedziała się, że poszedłem na reżyserię teatralną, ciągle mi powtarzała "Pawełku, musisz coś z tym tematem zrobić". Podjąłem kilka prób, jednak bez powodzenia, w międzyczasie Pola zmarła w wieku 95 lat. A potem pojawiła się Patrycja ze swoimi "Widoczkami" i poczułem, że to jest najlepszy sposób na zaopiekowanie się tą historią.

Patrycja Dołowy: U mnie było podobnie - pomysł wyszedł z moich osobistych rodzinnych historii. Zawsze mnie fascynowało to, że jest w nich wiele niedopowiedzeń, że o niektórych rzeczach nie mówi się poza rodziną. Momentem przełomowym było, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie tylko my mamy podobne historie, poukrywane, przemilczane. W mojej pracy "Widoczki" nawiązuję do znanej zabawy dziecięcej, kiedy w ziemi zakopywało się kwiatki, kawałki szkiełek. Czasem nie dawało się tego obrazka odnaleźć, czasem on już nie wyglądał tak jak ten, który zakopaliśmy. W "Widoczkach" zdejmowałam odlewy gipsowe swojego ciała, pokrywałam je emulsją fotograficzną i naświetlałam różnymi obrazkami, to były fragmenty starych zdjęć, kawałki różnych historii, i te pokawałkowane historie zakopywałam w mieście. Najpierw w takich miejscach, które się z nimi wiązały, a potem w bardzo różnych. Ważne wydawało mi się to, że jeśli nie odsłonimy tych poukrywanych historii, zamkniętych w tkance miasta i w naszej świadomości, to ich po prostu nie będzie. Najważniejsze w tych "widoczkach" jest świadectwo. Że te historie były i nadal są w przestrzeni miasta, nawet jeśli ich nie widać. I coś takiego się stało, że te opowieści zaczęły żyć. Poprzez zakopywanie paradoksalnie je ujawniałam. Zaczęli do mnie przychodzić ludzie i opowiadać swoje historie. Jednym z nich był Paweł Passini.

PP: Żyjemy w świecie bardzo spolaryzowanym na filosemitów i antysemitów, a to jest bardzo mały fragment prawdy. W tej historii, którą opowiadamy, jest część, która nie mieści ani w opowieści Żydów, którzy wyjechali z Polski, ani Polaków, którzy nie mają żydowskiego pochodzenia, tylko jest gdzieś bardzo pomiędzy. I potencjalnie dotyczy każdego z nas, bo trzeba sobie uświadomić, że każdy z nas może się jutro dowiedzieć, że jego dziadek był Żydem.

PD: Albo że jego babcia kogoś ukrywała. To nawet wynika ze statystyki. W tym kraju żyło przed wojną 30 proc. Żydów. To, co powiedział Paweł o "pomiędzy", jest niesłychanie ważne, bo sprawia, że te historie, których nie da się zamknąć w opowieść oficjalną czy jakiś pomnik - zanikają. Natomiast jeśli uświadomimy sobie, że jest jakieś "pomiędzy", pozwolimy tym "skrawkom" wyjść na powierzchnię, odsłonimy je, to się okaże, że one się łączą, że to jest nasza wspólna opowieść. Okazuje się, że każdy z nas ma taką historię. Po spektaklu przychodzą do nas ludzie i dzielą się z nami własnymi opowieściami, niekoniecznie związanymi z tematem wojny.

Włączacie te nowe historie w każdy kolejny spektakl "Kryjówki". Ta sztuka jest niekończącym się opowiadaniem.

PP: Tak, ale przede wszystkim jest sytuacją, która nie zdarza się nam często. W czasie spektaklu jesteśmy ze sobą w bardzo bliskim, bezpośrednim kontakcie. Chcieliśmy, żeby ten spektakl tak wyglądał nie bez powodu. Warszawa to miejsce szczególne pod tym względem: tu był Białoszewski ze swoim teatrem, który się mieścił w mieszkaniu, tu podczas wojny były teatry konspiracyjne, które też działały w mieszkaniach, spektakle w schronach, sama Solska grała w podobnych przedstawieniach. Czy, jeśli sięgniemy jeszcze wcześniej, tu był Salon Warszawski, czytanie wierszy, słuchanie Chopina po domach. W tym mieście zawsze była podziemna sieć połączeń. Ludzie się spotykali, żeby wspólnie grać i czytać wspólnie. Chcieliśmy nawiązać do tego bardzo bezpośredniego kontaktu, dlatego nie gramy "Kryjówki" w normalnym teatrze, ale w prywatnym mieszkaniu na warszawskim Powiślu. Tu wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a widz dokonuje pewnego wysiłku, żeby po pierwsze dotrzeć na miejsce, a po drugie, żeby wpuścić kogoś w swoją bardzo prywatną sferę, bo spektakl się rozgrywa metr od niego. Zabieramy ludzi w przestrzeń, w której nie tylko są i coś oglądają, ale współtworzą spektakl. Rzadko w dzisiejszych czasach widz jest do tego zapraszany. Najczęściej ma po prostu skonsumować gotowy produkt. Liczy się ilość sprzedanych biletów i klikalność. U nas jest spotkanie, prawdziwa relacja, coś, co się dzieje na żywym organizmie miasta, w tym kraju, w tym mieście, w tym mieszkaniu.

PD: My nie dajemy czegoś do przeżycia. Za każdym razem przeżywamy wszystko razem z widzami i aktorami. Jesteśmy częścią spektaklu.

Jego scenariusz, tak jak "Widoczki", składa się z kawałków, skrawków. Jest historia Solskiej, wasze osobiste opowieści, ale wykorzystujecie też motywy z "Wesela" i "Sędziów" Wyspiańskiego.

PP: Wyspiański to w polskiej kulturze symbol rozumienia kultury żydowskiej, która jest jej nierozdzielną częścią. Na weselu nie może przecież zabraknąć Racheli i Mośka, czyli Mojżesza, jej ojca.

PD: Wyspiański wiąże się też bezpośrednio z postacią Solskiej. Ona grała postać Racheli, zresztą ta rola była wręcz pisana dla niej. Może nie dla niej osobiście, ale z myślą o niej. Wyspiański przerabiał z nią tę postać, zanim aktorka ją zagrała.

PP: I żeby nie było wątpliwości - Solska nie była Żydówką.

PD: Zastanawialiśmy się nad tym, co to znaczyło, że ona grała tę rolę. Czy to miało wpływ na to, jak myślała, jak to wpłynęło potem na jej wybory w czasie wojny. Czy miało to znaczenie, a może wcale nie? Musimy ten wątek wykorzystać, żeby zbudować postać Solskiej. Zresztą wiemy o niej bardzo mało.

PP: Nie chciała mówić o tym, co zrobiła w czasie wojny, nie ma nic na ten temat w jej pamiętnikach. Jak sama mówiła, nie chciała bohaterstwa. Zrobiła to, co według niej każdy człowiek powinien był zrobić.

Więcej o: