Najmłodsi uczniowie nie będą oceniani - proponuje Ministerstwo Edukacji

Alicja Bobrowicz
25.01.2015 18:26
Lekcja w szkole. ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE

Lekcja w szkole. ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE (TOMASZ NIESŁUCHOWSKI)

Urzędnicy chcą, by nauczyciele w podstawówkach używali ocen opisowych zamiast stopni. Nie zdecydowali się jednak, by taki obowiązek wpisać w ustawę
Siedmioletni Maciek jest oceniany plusami i minusami. Za trzy minusy dostaje jedynkę. Sześcioletnia Majka boi się "czerwonej sówki". Raz dostała ją za to, że pracę domową wypełniła długopisem zamiast ołówkiem. Wraz z tzw. reformą sześciolatków z klas I-III miały zniknąć stopnie, by zapewnić dzieciom łagodne przejście z zerówki do szkoły. Badania pokazują bowiem, że samo wystawianie ocen bez dodatkowej informacji, tylko stresuje ucznia, ogranicza jego ciekawość świata i spontaniczność, uczy konformizmu i rywalizacji. Co więcej, ocenianie trwale etykietuje dzieci, naznacza je jako dobre lub słabe.

Nauczyciele się podzielili. Część na bieżąco stosuje oceny opisowe (czyli np. podkreśla poprawnie napisane litery i opatruje je komentarzem "brawo, oby tak dalej"). Niektórzy jednak znaleźli sposób, by oceniać jak dawniej, choć bez stopni. Rysują dzieciom w zeszytach uśmiechnięte lub zagniewane buźki, słoneczka, sówki, plusy i minusy, itp. Prof. Małgorzata Żytko, pedagog z Uniwersytetu Warszawskiego opowiadała w Radiu TOK FM o dziecku, które "buźkę z piorunem" zinterpretowało jako "a niech cię piorun strzeli". Są też tacy, którzy nadal wystawiają jedynki. Mogą to robić, bo prawo obliguje ich do oceny opisowej tylko na koniec semestru.

Rodzice zaś bywają zdezorientowani. Marek, tata drugoklasisty z podwarszawskiej podstawówki: - W pierwszej klasie syn co tydzień dostawał medal, najczęściej srebrny. Nie do końca wiedział, co to oznacza, ale przynajmniej mieliśmy jakąś informację. Teraz od września cisza: nie ma medali, nie ma ocen. O jego postępach w nauce dowiadujemy tylko na wywiadówkach - opowiada.

MEN i posłowie chcieliby, by szkoły częściej sięgały po oceny opisowe. Zabiegali o to członkowie koalicji "Dziecko bez stopni", zainicjowanej przez Centrum Edukacji Obywatelskiej. Pod ich apelem podpisało się ponad 500 psychologów, pedagogów, dyrektorów szkół i pracowników naukowych. W nowelizacji ustawy oświatowej, którą właśnie przyjął Sejm, zapisano, że celem oceniania jest pomoc w nauce. Uczeń ma dostać informację o tym, co zrobił dobrze i jak powinien się dalej uczyć. Oceny opisowe można będzie stosować nie tylko w klasach I-III, ale także w IV.

Ale ustawodawca zatrzymał się w połowie drogi. Rozstrzygający będzie bowiem statut szkoły. - To szkoła decyduje, w jaki sposób będą wyrażane oceny bieżące, czyli np. litery, cyfry, symbole lub opis postępów - wyjaśnia Joanna Dębek, rzeczniczka MEN.

W praktyce więc może zostać po staremu. Tym bardziej że z badań Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że pedagodzy nie przepadają za ocenami opisowymi. W gimnazjum np. tylko nieco ponad połowa polonistów ocenia i opatruje komentarzem każdą pracę pisemną.

Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty cieszy się, że szkoły zachowały autonomię w ocenianiu. - Państwo dało czytelny sygnał, że popiera takie ocenianie, które pomaga dziecku się uczyć. Przymus przyniósłby odwrotny skutek. Ocenianie opisowe jest czasochłonne, nauczyciele sięgnęliby po gotowe szablony, co tylko pogorszyłoby jakość oceniania - mówi.

Prof. Andrzej Blikle, matematyk i przedsiębiorca, jeden z inicjatorów kampanii "Dziecko bez stopni" na blogu w portalu naTemat.pl pisze, że sens stawiania stopni powinny rozważyć nie tylko szkoły, ale i firmy. - Ocenianie za pomocą stopni to wynik przekonania, że ludzi da się ustawić w szereg od najgorszych do najlepszych. To uproszczony sposób myślenia, który przydaje się jedynie wtedy, gdy chcemy szybko i bezrefleksyjnie zdecydować, komu dać premię, a kogo wylać z pracy.



Więcej o: