Między testomanią a testofobią. Rozmowa z dyrektorem CKE. Nie tylko dla maturzystów!

Alicja Bobrowicz
05.03.2015 19:03

MATERIALY MEN

Więcej praw dla maturzystów, ale generalnie procedura układania testów i ich sprawdzania się nie zmieni - mówi dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej
Zdaniem NIK system sprawdzania egzaminów nie działa dobrze i wymaga naprawy. Co czwarta z ze sprawdzanych ponownie na wniosek maturzysty prac była źle oceniona. Pan odpowiada: nie wiem, skąd te dane.

Dr Marcin Smolik, dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej: Egzaminatorzy to tylko ludzie i popełniają błędy. Ale liczy się skala. Co roku mamy ok. 1,5 mln arkuszy. Maturzyści wnioskują o wgląd do 10-12 tys. prac. Zupełnie nie wiem, jak NIK wyliczył swoje 25 proc. Z naszych danych wynika, że 13 proc. sytuacji poskutkowała zmianą świadectwa, z czego tylko 6 proc. z powodu pomyłki egzaminatora. Reszta dotyczyła błędów formalnych, np. błędnie wpisanego PESEL-u.

Ale skoro pojawiają się wątpliwości co do rzetelności egzaminatorów, to chyba warto ich sprawdzić?

- I w tym roku na własne potrzeby będziemy wyrywkowo to sprawdzać. Ale procedura się nie zmieni. Nadal podwójnemu ocenianiu będziemy poddawać 10 proc. prac. To maksimum, na jakie możemy sobie pozwolić przy obecnym budżecie.

Egzaminatorzy nie ponoszą konsekwencji swoich błędów. Z bazy 180 tys. wykreślono od 2009 do 2013 roku trzy osoby.

- To nie do końca tak. Te 180 tys. mają uprawnienia, żeby sprawdzać prace egzaminacyjne. Niektórzy po ukończonym szkoleniu nigdy nie chcieli tego robić. Co roku aktywnie w ocenianiu uczestniczy ok. 70 tys. egzaminatorów. Jeśli ktoś się nie sprawdza jako egzaminator, nie proponuje mu się dalszej współpracy.

Do tej pory uczniowie nie byli traktowani równo przy wglądzie do prac. Jedni czekali pół roku, inni rok, by zobaczyć pracę. Niektórzy musieli przestudiować ją w kwadrans.

- To już zmieniliśmy. Będzie tak samo w całym kraju. Każdy uczeń dostanie co najmniej pół godziny na obejrzenie arkusza. Sprawdzane będą tylko te zadania, co do których będzie miał wątpliwości, a nie cała praca.

Ale nadal nie będzie szans na odwołanie od decyzji komisji.

- Nie ma takiej potrzeby. Wgląd do prac dotyczy dziś praktycznie trzech przedmiotów. Matematyki na poziomie podstawowym oraz biologii i chemii na poziomie rozszerzonym. W pierwszym przypadku sprawa jest prosta. Uczeń mówi: nie wierzę, że nie zdałem. Ogląda pracę i w 99,9 proc. przypadków orientuje się, że faktycznie nie dał rady. W drugim sprawa dotyczy ambitnych, świetnie przygotowanych uczniów, którym zabrakło punktu, by dostać się np. na medycynę. W grę wchodzą ogromne emocje. Nie sposób przekonać ich merytorycznymi argumentami.

Tylko że zakładacie swoją nieomylność. Możliwość odwołania poza komisją przecięłaby wątpliwości.

- Ale odwołania do kogo?

Niezależnych ekspertów w danej dziedzinie.

- To by nic nie dało. Już dziś w sprawach spornych konsultujemy się z zewnętrznymi ekspertami. Nie ma drugiego tak otwartego systemu jak polski. W wielu krajach nie ma mowy o zmianie świadectwa.

Chyba tylko w teorii. Maturzyści opowiadają, że w zderzeniu z machiną egzaminacyjną nie mieli szans.

- Nie znam przypadku, by ktoś rozstrzygnął sprawę na niekorzyść ucznia. To emocje biorą górę nad racjonalnymi argumentami.

W maju czeka nas nowa matura. Ma być oceniana po nowemu, bez sztywnego klucza, a to oznacza jeszcze większą odpowiedzialność egzaminatora. Jak po raporcie NIK uwierzyć, że prace będą sprawdzone dobrze?

- Właśnie zakończyliśmy cykl szkoleń dla egzaminatorów. Mamy solidną grupę 21 tys. specjalistów. To nie są ludzie z ulicy, tylko nauczyciele, którzy na co dzień pracują z maturzystami. Są świadomi odpowiedzialności za to, co robią. A pewnie po tym raporcie będą czuli jeszcze większą presję.

A same testy? Kontrolerzy piszą, że układa się je nierzetelnie. Od 2009 roku było dziewięć różnych procedur (i 11 dyrektorów CKE).

- Ale NIK - co prawda tylko w przypisie - podaje, że w 2013 r. została opracowana i skodyfikowana spójna procedura tworzenia testów. Nowe matury zostały według niej przygotowane.

Zmieniliście też testowanie zadań? NIK uważa, że rok to za mało na ich przygotowanie. I że niedopuszczalne jest sprawdzanie zadań na niereprezentatywnej grupie uczniów.

- Nigdzie w przepisach nie ma mowy, że powinny być dwa czy trzy lata. Kontrolerzy za punkt odniesienia biorą jakiś wyidealizowany obraz. Nie dobieramy losowo grupy uczniów, bo absolutnie nie stać nas na to, by do Jasia Kowalskiego jechać z jednym arkuszem do miejscowości X. Żeby przeprowadzać pilotaż zadań na reprezentatywnych próbach, powinniśmy wylosować po ok. 500-1000 uczniów do każdego z 3 tys. różnego rodzaju arkuszy, które musimy przygotować. To niewykonalne. Każdy z dużych egzaminów pilotujemy na grupie 200-250 uczniów. To w zupełności wystarcza.

I wszystko rozbija się o pieniądze.

- Nie tylko. Trzeba rozważyć możliwości kadrowe, czasowe i finansowe. Może kiedy wygrzebiemy się z dwóch matur do 2021 r., dwóch egzaminów zawodowych do 2017 r., sprawdzianów i egzaminów gimnazjalnych i doprowadzimy je do unormowania, możemy pomyśleć o dalszym doskonaleniu sposobu standaryzacji zadań.

NIK odpytał też rektorów i wychodzi na to, że zupełnie nie wierzą w nową maturę. Próg zdawalności na 30 proc. to za mało, program liceum wciśnięty w trzy lata zbyt okrojony, zadania tworzone bez nich...

- Nie ma dziś arkusza zadań, który nie byłby konsultowany z akademikami. A jeśli 30 proc. to za mało, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby podnieść wymagania na etapie rekrutacji i przyjmować tylko tych, którzy uzyskali 70 czy 90 proc. Uczelnie mają tu pełną swobodę.

W dobie niżu tego nie zrobią.

- Ale dokładając jeden przedmiot na poziomie rozszerzonym jako obowiązkowy, dajemy sygnał uczelniom, żeby stawiali uczniom poprzeczkę wyżej.

Ale jednocześnie to egzamin, którego nie można nie zdać. Nawet O proc. nie wpłynie na wynik matury.

- Nie musi. Trzeba sobie jasno powiedzieć, do czego jest matura. Poziom podstawowy jest po to, by odsiać najsłabszych, którzy się absolutnie na studia nie nadają. Rozszerzony to konkurs, dzięki któremu uczelnia wybiera kandydatów na przyszłych prawników czy lekarzy. To klarowny system.

A czy nie jest tak, że rozbudowując system egzaminów doprowadziliśmy do sytuacji, w której program liceum to kurs przygotowawczy do matury. A nauczyciele uczą pod testy.

- Wydaje mi się, że o testomanii mówią osoby, które dawno nie widziały arkuszy egzaminacyjnych. To już momentami testofobia. Po próbnych maturach uczniowie komentowali, że było trudno, bo trzeba było myśleć. To mnie cieszy. A jeśli szkoła zmienia się w kurs przedmaturalny, to fatalnie, ale zmiany wymagają czasu. Potrzeba kilku lat, by zobaczyć efekty zmian w programach nauczania. Niektórzy nauczyciele sądzili, że będzie powtórka z 2002 r. i rząd wycofa się ze zmian na maturze. Dopiero w lutym zorientowali się, że tak się nie zdarzy.

Będzie maturalny pogrom?

- Nie spodziewam się tragedii, choć myślę, że wyniki z ustnego polskiego będą niższe niż dotychczas.

Zobacz także
  • Podziel się