Zdobył Grammy i co dalej? Dobra energia od Włodka Pawlika

Rozmawiał Konrad Wojciechowski
20.05.2015 16:24
Włodek Pawlik

Włodek Pawlik (PAWEŁ MAŁECKI / AGENCJA GAZETA)

Nasz laureat Grammy za granicą nauczył się pragmatyzmu. I choć mentalnie czuje się Amerykaninem, na nowej płycie ?America? zawarł mnóstwo polskich akcentów. Cytuje i Chopina, i Paderewskiego
Z Włodkiem Pawlikiem rozmawia Konrad Wojciechowski

Płyta "America" jest przedstawiana jako subiektywny zapis 30-letniej kariery muzycznej Włodka Pawlika. Nie miał pan dylematu, jak swój dorobek muzyczny zaprezentować w pigułce, jak go najwierniej streścić?

- To jest moje spojrzenie wstecz - próba zastanowienia się, o co mi w życiu chodziło, co było istotne w mojej dotychczasowej karierze muzycznej. Chciałem, aby utwory na płycie nawiązywały symbolicznie do różnych okresów mojej artystycznej wędrówki i wskazywały, co mnie jako pianistę i kompozytora fascynowało na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat dojrzałego życia. Dlatego obok jazzowych kompozycji znajdują się tu motywy z muzyki filmowej i teatralnej mego autorstwa. Tytułowy utwór powstał w 1988 roku, kiedy wracałem z pierwszego pobytu w Stanach. Doszedłem tam do półfinału w międzynarodowym konkursie jazzowym i w przypływie euforii, siedząc w samolocie zapisałem szkic kompozycji na kartce nutowego papieru. Utwór nazwałem "America" i teraz ta melodia do mnie powróciła.

Chyba trudno usiąść za fortepianem i dokonać rozliczenia z całą przeszłością?

- Ta płyta nie powstawała z dnia na dzień. Zawierzyłem intuicji, czasowi, który upływa. Paradoksalnie łatwiej pracować nad konkretnym zamówieniem, bo wtedy zamawiający muzykę określa swoje oczekiwania. W takich okolicznościach powstała "Night In Calisia", natomiast "America" to w pełni osobista płyta, bez sugestii z zewnątrz. Pomysł wziął się stąd, że chciałem znowu po 10 latach od ostatniej płyty "Anhelii" nagranej w trio, dokonać nowych nagrań w tym składzie. Trzech mocnych facetów to wystarczający skład personalny, aby zaproponować słuchaczom godziwą dawkę dobrej energii - tym bardziej, że w takiej konstelacji nie ma podziału na akompaniatorów i solistę.

Album nosi przewrotny tytuł, bo pod hasłem "America" kryje się w dźwiękach słowiańska melancholia, polski gorączkowy temperament i chopinowska skłonność do skończonych form. Przemawia przez pana patriotyzm w cytowanych tu dziełach Paderewskiego i Chopina?

- Wolę określenie - głęboko osadzony w tradycji kosmopolityzm. Chopin i Paderewski byli obywatelami świata i najbardziej rozpoznawalnymi polskimi artystami za granicą w XIX i XX wieku. Paderewski był nie tylko premierem i jednym z założycieli niepodległej II Rzeczpospolitej, ale też wielkim ambasadorem polskiej kultury. To on opracował i wydał w wersji nutowej wszystkie dzieła Chopina.

Cyprian Kamil Norwid mówił o Chopinie, że wyniósł naszą ludowość dla ludzkości. Pisano też o nim, że wyjechał w świat z grudką ziemi ojczystej. A pan co ze sobą zabrał ruszając w latach 80. za granicę?

- Niestety, lata 80. w Polsce to był fatalny okres do robienia czegokolwiek - wprowadzono stan wojenny, zamknięto m.in. moją uczelnię, artyści bojkotowali publiczne występy. Byłem młody i tak jak moi rówieśnicy musiałem stawić czoła pogmatwanej sytuacji politycznej sytuacji. Jeszcze na studiach wyjechałem z zespołem In Tradition, na Międzynarodowy Konkurs Młodych Zespołów Jazzowych do Dunkierki we Francji. Zdobyliśmy grand prix, a ja otrzymałem indywidualną nagrodę dla najlepszego instrumentalisty. Dostałem sporą sumkę zachodnich pieniędzy. Spacerując po plaży, zobaczyłem samochód marki Renault na sprzedaż. Spojrzałem na cenę, sięgnąłem do kieszeni i okazało się, że za tę nagrodę stać mnie na kupno samochodu. W ówczesnej Polsce posiadanie samochodu było niemożliwe dla przeciętnego obywatela. To zdarzenie przeorało mój mózg i przyśpieszyło decyzję o wyjeździe z Polski.

Wyjeżdżając za granicę bił się pan z myślami - a może jednak powinienem zostać?

- Kilka lat poza Polską nie było łatwym wyborem. Zawsze czułem się blisko związany z naszą tradycją. Kocham polski folklor, ludowe pieśni od Tatr do Bałtyku, muzykę Szymanowskiego, polską poezję romantyczną, ale też Gombrowicza, Witkacego, Iwaszkiewicza i całą spuściznę literacką skamandrytów. Jestem zafascynowany Polską Szkołą Filmową lat 60., ale mentalnie i estetycznie blisko mi również do amerykańskich idei wolności, demokracji, do fenomenu bluesa, jazzu czy amerykańskiego filmu.

O czym trzeba pamiętać, chcąc zaistnieć na tamtejszym rynku?

- O tym, że nawet jeśli masz potencjał intelektualny czy artystyczny, to może okazać się za mało do osiągnięcia sukcesu. W Ameryce liczy się pragmatyzm - takie wspólnotowe działanie na rzecz celu, który się wyznacza. Europa promuje skrajny indywidualizm, a wszystkie przejawy działalności są do bólu upolitycznione, łącznie ze sferą sztuki. Dotacje unijne, granty, uznaniowość to socjalizm w czystej postaci. W USA nie ma ministerstwa kultury czy państwowych instytutów uprawiających "politykę kulturalną".

I pewnie nad naszą polskością też się nikt nie rozwodzi?

- Nie, to nie ma zupełnie znaczenia. Jeżeli muzyka jest dobra, ludzie będą chcieli jej słuchać, a dopiero później spojrzą na nazwisko kompozytora i jego narodowość.

Zdobył pan Grammy i co dalej? Jak ten sukces rozsądnie skonsumować?

- Robię dokładnie to samo, co przez ostatnie lata - koncertuję, komponuję, nagrywam, tylko w znacznie szerszym wymiarze. Nagroda dodaje mi skrzydeł.

Więcej o: