Szczepienia przeciw pneumokokom nie są obowiązkowe! Kampania społeczna tylko je zaleca

Anita Karwowska
22.09.2015 19:16
Zakażenie pneumokokami zagraża najbardziej dzieciom poniżej 5. roku życia.

Zakażenie pneumokokami zagraża najbardziej dzieciom poniżej 5. roku życia. (Fot. Getty Images/Fpm Getty Images/Science Photo Libra)

Kto może, niech szczepi swoje dzieci przeciwko pneumokokom. Ale dopóki nie mamy w Polsce równego dostępu do tej szczepionki, apel "traktuj to szczepienie jako obowiązkowe" jest mocno na wyrost i łatwo dzieli rodziców
Pod patronatem honorowym rzecznika praw dziecka i głównego inspektora sanitarnego trwa kampania społeczna fundacji "Aby żyć" promująca szczepienia przeciwko pneumokokom. Cel ważny i słuszny, bo to bakteria śmiertelnie niebezpieczna - jest przyczyną co 10. zgonu dzieci do piątego roku życia, powoduje zapalenie płuc, opon mózgowo-rdzeniowych i sepsę.

Chociaż tak groźna, na razie w Polsce szczepi się na nią kilka procent maluchów. O ile rodzice nie korzystają z lokalnych programów szczepień prowadzonych przez samorządy, to muszą zapłacić sami kosztuje kilkaset złotych.

Dlatego chociaż z całego serca popieram szczepienia, to mam wątpliwości, gdy czytam tekst promujący kampanię: "Traktuj szczepienie przeciwko pneumokokom jak obowiązkowe szczepienie, bo może uratować zdrowie i życie twojego dziecka". Na razie wciąż jednak szczepienia przeciwko pneumokokom znajdują się na liście zalecanych, nie obowiązkowych. Rozumiem, że ideą kampanii jest przekonanie rodziców, żeby wśród tych dodatkowych w pierwszej kolejności wybrali właśnie ochronę przed tą konkretną bakterią. Ale to jednak nie to samo co "traktowanie szczepień jako obowiązkowych". Bo te są refundowane z budżetu państwa, a więc wszystkie dzieci mają do nich równy dostęp (a rodzice są zobowiązani, żeby kalendarza szczepień pilnować). W rzeczywistości jednak granica pomiędzy publiczną a prywatną ochroną zdrowia coraz bardziej się rozmywa, rodzice w coraz większym stopniu pokrywają koszty zakupu wszelkich szczepionek. Właśnie dlatego, że nasz system zdrowotny jest coraz bardziej urynkowiony i wszyscy jego uczestnicy starają się przekonać pacjentów, że za "naprawdę dobrą" opiekę niestety trzeba dopłacić. Efekt jest taki, że chociaż państwo gwarantuje bezpłatne szczepionki przeciwko 12 chorobom zakaźnym, to jak szacuje Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, już nawet 60 proc. rodziców wybiera zamiast nich płatne szczepienia. Robią to, bo szczepionki są skojarzone, a więc dziecku zaoszczędzają stresu i kłucia (jedna szczepionka chroni przeciw kilku chorobom). Rodziców przekonują do tego pediatrzy, farmaceuci, kampanie reklamowe koncernów lekowych. Kto nie ulega, ryzykuje opinię, że oszczędza na zdrowiu dziecka - a to już krok od podziałów wśród rodziców, wzajemnej niechęci. Prof. Antonia Lyons, psycholożka zdrowia z Nowej Zelandii, która analizowała stosunek pacjentów do szczepień twierdzi wręcz, że programy szczepień mogą potencjalnie pogłębić nierówności społeczne - właśnie w wyniku zależności od tego, co znajdzie się w koszyku szczepień obowiązkowych i refundowanych, a więc powszechnie dostępnych.

Na szczęście parlament kończy prace nad przepisami, które mają umożliwić wprowadzenie obowiązkowych darmowych szczepień przeciwko pneumokokom i kilku innym groźnym chorobom. Zmiany miałyby wejść w życie od stycznia 2017 r. Do tego czasu lepiej nie mówić rodzicom, że coś jest obowiązkowe, skoro nie jest.

Zobacz także
  • Podziel się