Pierwsza polska firma wspiera drużynę NBA. Skąd sukces Cinkciarz.pl?

Michał Stangret
06.10.2015 19:21
Cinkciarz.pl podpisuje umowę z Chicago Bulls

Cinkciarz.pl podpisuje umowę z Chicago Bulls (Fot. Kamil Rutkowski/Gazeta.pl)

W PRL-u można go było spotkać przed Pewexami, jak nagabywał przechodniów "Cienć many? Cienć many?", ale dziś polski cinkciarz rusza na podbój świata.
Gdy w poniedziałek legendarny i jeden z najbardziej utytułowanych zespołów amerykańskiej ligi koszykówki, drużyna Chicago Bulls ogłosiła nawiązanie współpracy z polskim kantorem internetowym Cinckciarz.pl, nasz światek biznesowy zapiał z zachwytu.

"To historyczne wydarzenie dla polskiego biznesu" - cieszą się serwisy ekonomiczne.

Sprawa faktycznie jest bez precedensu: to pierwsza firma z Polski z tytułem oficjalnego partnera drużyny NBA.

W praktyce wiąże się to m.in. z tym, że będą mogli reklamować się na bandach wokół boiska Byków, a także na ekranach umieszczonych na koszach oraz w teledyskach prezentowanych przed meczami.

Jak cinkciarz z popiołów

Słowo cinkciarz w PRL oznaczało osoby, które trudniły się na wpół legalnym ulicznym handlem walutami. Jeżeli chciałeś sprzedać/kupić waluty - szło się właśnie do nich, a nie do banku, bo ten oferował mniej opłacalne kursy. Słowo już dawno wyszłoby z użycia, gdyby nie przypomniał sobie o nim Marcin Pióro (35 l.) z Zielonej Góry, z wykształcenia informatyk.

Kilka lat temu wziął kredyt we frankach na dom, ale tym różnił się od innych frankowiczów, że w mig dostrzegł pułapki zastawione przez banki.

Nie spodobało mu się, że banki zamiast pozwalać kredytobiorcom spłacać raty w samodzielnie kupionej walucie, kalkulują ich wysokość według własnych zawyżonych kursów (tzw. spready).

Nie dość, że udało mu się wynegocjować z bankiem dostarczanie szwajcarskiej waluty bezpośrednio do okienka, to jeszcze wywęszył w tym interes i rozwinął internetowy serwis wymiany walut.

Cinkciarz.pl złapał wiatr w żagle w 2011 r., gdy w życie weszła ustawa antyspredowa (dała wszystkim kredytobiorcom prawo samodzielnego dostarczania walut na spłatę rat). Klienci chętniej korzystali z usług serwisu, bo podobnie jak u PRL-owskiego cinkciarza mogli liczyć na bardziej atrakcyjne niż w banku kursy. Do tego brak opłat, prowizji i szybkość transakcji.

Chodzi nie tylko o miliony Polaków

Dziś serwis jest liderem internetowego rynku wymiany walut. Z 8,45 mld zł przychodów plasuje się na 27. pozycji największych firm w Polsce w rankingu "Rzeczpospolitej ("Lista 500"), wyprzedzając takie tuzy, jak: Asseco Poland, Kolporter czy Grupa Mlekovita.

Żądna rozwoju firma ostrzy sobie zęby na podbój zagranicy - już pracują nad uruchomieniem działalności w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech. A nawiązana właśnie współpraca z Bullsami ma być trampoliną do zawojowania amerykańskiego rynku. Cinkciarz.pl, chce Amerykanom oferować przelewy, płatności, przekazy pieniężne. Za przyczółek w tej batalii nie bez powodu wybrano Chicago. Mieszka tam ponad 1,3 mln osób, które mogą pochwalić się polskim pochodzeniem (w tym ok. ćwierć miliona mówiących po polsku).

Czy prezydentom wypada?

Uroczystości podpisania umowy z Chicago Bulls zorganizowano z wielką pompą. To co zaskoczyło wszystkich, to goście.

Firma ściągnęła do Chicago dwóch byłych prezydentów RP Lecha Wałęsę i Bronisława Komorowskiego.

Po tym jak polski internet obiegły zdjęcia, na których pozują z koszulkami drużyny Byków, prawicowe portale nie zostawiają na nich suchej nitki. Według nich to obciach, że byłe głowy państwa zaangażowały się w tego typu kampanię.

Jak się dowiedzieliśmy, firma Cinkciarz.pl zdecydowała się zwrócić do nich o wsparcie, by nadać rangę wydarzeniu. Teoretycznie obaj byli prezydenci mogli skusić się na udział w wydarzeniu w imię wspierania polskich przedsiębiorców. Nie wiadomo jednak, czy ich działalność miała charakter charytatywny.

- Nie będziemy tego komentować - usłyszeliśmy w Instytucie Lecha Wałęsy.

Z osobami z otoczenia Bronisława Komorowskiego nie udało się nam skontaktować. Ich telefony milczały.

Zobacz także
  • Podziel się