"Czerwony Pająk". Historia Wampira z Krakowa na ekranach kin

Maja Staniszewska
22.11.2015 17:00
Seryjny morderca terroryzujący Kraków w połowie lat 60. i młody chłopak zafascynowany zbrodnią. "Czerwony Pająk" to historia oparta na faktach
Już w piątek do kin trafi doskonały film Marcina Koszałki inspirowany prawdziwymi historiami dwóch zbrodniarzy. Ale czy na pewno?

Nastoletni Karol (Filip Pławiak) to duma rodziców. Dobrze wychowany, spokojny, odnoszący sportowe sukcesy. Ma zostać lekarzem, jak ojciec. Pewnego zimowego dnia w wesołym miasteczku chłopak natyka się na ciało właśnie zamordowanego dziecka. Wydaje mu się, że widział mordercę. Zamiast wezwać pomoc, rusza tropem mężczyzny w berecie (Adam Woronowicz). Między nimi rodzi się przedziwna więź, która doprowadzi do zguby. Czyjej? To już trzeba koniecznie zobaczyć w kinie w wyjątkowo udanym fabularnym debiucie cenionego operatora i autora filmów dokumentalnych Marcina Koszałki.

Historia z filmu "Czerwony Pająk" oparta jest na opowieściach o dwóch seryjnych mordercach z lat 60. ubiegłego wieku - Karolu Kocie zwanym "Wampirem z Krakowa" i Lucjanie Staniaku, czyli właśnie "Czerwonym Pająku". Ale tylko ten pierwszy jest prawdziwy.

Mrożące krew w żyłach opowieści o Staniaku zaczęły pojawiać się już pod koniec lat 60. Stanowił połączenie Kuby Rozpruwacza, Zodiaka i Hannibala Lectera. Swoje ofiary - dziewczyny i młode kobiety - miał gwałcić, a następnie rozpruwać i zjadać fragmenty ich wnętrzności. Do redakcji gazet pisał listy krwią, malował też makabryczne obrazy rozprutych ciał, z których wyrastały kwiaty. Zatrzymany w swoim mieszkaniu w Katowicach miał trafić do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. I może nadal tam przebywa... Tyle że liczne dziennikarskie śledztwa, a także poszukiwania samego Marcina Koszałki, który trzy lata temu nakręcił dokument "Zabójcy z lubieżności" o innym seryjnym mordercy, nie potwierdziły, żeby Staniak kiedykolwiek istniał.

Nie ma śladu po jego zbrodniach ani w prasie z tamtych czasów, ani w aktach. - Nic nie wiem o Lucjanie Staniaku z Katowic. Nie sądzę, żeby taki zabójca istniał, bo musiałbym o nim słyszeć - mówił Grażynie Kuźnik, dziennikarce "Dziennika Zachodniego", która poszła tropem wskazanym przez Koszałkę, prokurator Leszek Goławski, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, znawca problematyki seryjnych zabójców. - Na Śląsku nie brakowało nam seryjnych morderców, nie trzeba ich jeszcze wymyślać. Wystarczy wymienić nazwiska Marchwicki, Knychała, Arnold, Zub. Interesowałem się ich działalnością. Gdyby pojawiło się nazwisko Staniak, też by mnie zaciekawiło - stwierdził Goławski. W sieci jednak Staniak wciąż żyje.

Aż nadto prawdziwy był za to Karol Kot, "Wampir z Krakowa". Spokojny chłopak z dobrego domu, uczeń technikum trenujący strzelectwo, przez swojego trenera stawiany za wzór własnemu synowi. We wrześniu 1964 roku ten sam chłopak wszedł do kościoła sercanek przy Garncarskiej 24 w Krakowie i dźgnął bagnetem modlącą się tam kobietę. Uciekł, a ofiara w pierwszej chwili nawet nie poczuła, że jest ranna. Dopiero w domu zobaczyła krew i wezwała pomoc. Podała rysopis sprawcy, ale milicja niespecjalnie go szukała. W ciągu następnych dwóch lat Kot próbował jeszcze zabić 11 osób - najpierw atakował starsze kobiety, potem dzieci. Niestety, dwie jego ofiary 86-latka i 11-letni chłopiec nie przeżyły. To właśnie zabójstwo dziecka, które poszło pozjeżdżać na sankach, a potem próba zabójstwa drugiego - siedmioletniej dziewczynki, sprawiły, że Kota złapano. Jego znajoma poszła na milicję. Błędów popełnionych przez ówczesne ograny ścigania do dziś nie udało się wyjaśnić. Kota aresztowano zaraz po tym, jak zdał maturę, w czerwcu 1966 roku. Miał wtedy 19 lat. Przyznał się, chętnie opowiadał o popełnianych zbrodniach, uśmiechał się na zdjęciach z wizji lokalnych. W 1968 roku skazano go na karę śmierci i powieszono. Sekcja zwłok wykazała rozległego guza mózgu.

Marcin Świetlicki napisał o nim wiersz: "wziąłem duży rozmach/i ściąłem jednocześnie/chłopca/śnieg/powietrze/swój kręgosłup/łodygę".

Zobacz także
  • Podziel się