Masz ochotę na naprawdę dobre piwo? Wybierz się na Warszawski Festiwal Piwa

Paweł Leszczyński
05.04.2016 18:00

PIXABAY.COM

Marzy ci się piwo wyjątkowe, tradycyjnie warzone, o niezwykłym smaku miodu, cytrusów, wędzonki albo wanilii? Takie rarytasy znajdziesz od czwartku do soboty na Warszawskim Festiwalu Piwa
Delikatny aromat zapałek, trochę banana, skórka czerwonego jabłka, miąższ białego chleba. Czasem wyraźna alkoholowa nuta. W smaku delikatna goryczka, często szorstko alkoholowa, kontrująca płaską słodycz. Zmrożone, tak aby smak był jeszcze mniej wyczuwalny. Wodniste, lekko szczypiące w język, musujące, klarowne o jasnej, bujnej, ale też szybko opadającej pianie. Tak smakuje piwo w stylu european lager (albo europiwo), które niepodzielnie króluje na polskim rynku. Różnie się nazywa, różnie kosztuje, ale jest to to samo piwo produkowane przez tego samego producenta, którego imię brzmi: koncern.

Więcej! Szybciej! Taniej!

Np. jest w Polsce browar, który statystycznie produkuje dziennie 10 tys. hektolitrów piwa. Są też inne, o połowę mniejsze, albo dwa razy większe. Obniżenie kosztu jednej butelki o 0,00001 zł oznacza więc zwiększenie dziennego zysku netto o 2000 zł. Zakup tylko trochę tańszego słodu to ogromne pieniądze w rocznym bilansie. Tak samo użycie syropu glukozowo-fruktozowego, ryżu albo kaszki kukurydzianej zamiast drogiego słodu.

Aby piwo uwarzyć, a także odpowiednio przefermentować, niezbędny jest czas. Czas też da się przeliczyć na pieniądze. Przyśpieszenie procesu o paręnaście minut na koniec roku zmienia się w piękne zielone liczby w tabelce.

A co z jakością? Czy w takim razie ta przestaje być istotna? Odpowiem pytaniem na pytanie - a czym jest jakość? W koncernie to optimum pomiędzy oczekiwaniami masowego klienta i zasobnością jego portfela. Balans pomiędzy tym, jak produkt broni się sam z siebie, a jak znana jest jego marka i skuteczność promocji. Mówiąc o jakości, nie mówimy o smaku, ale o pozycjonowaniu cenowym i znalezieniu najniższego wspólnego mianownika. Stworzeniu piwa smakującego wszystkim i jednocześnie pozbawionego smaku. Nie dlatego, że koncern jest zły. Koncern i jego akcjonariusze po prostu muszą zarabiać pieniądze. Produkując szybko tanie piwo, którego sprzedadzą jak najwięcej.

Koncernowe grzeszki

Wiele dużych browarów używa nowoczesnej metody, która znacząco przyśpiesza proces produkcji piwa. Polega w uproszczeniu na tym, że warzone jest mocniejsze piwo, które przy rozlewie rozwadniane jest wodą (o jakieś 15-25 proc.). Wysokie ciśnienie i temperatura pozwalają jeszcze przyśpieszyć ten etap. Efekt? Piwo jest wodniste, piana niestabilna, ma to też wpływ na aromat. Raczej nie poprawia jakości piwa.

Inne grzeszki to stosowanie cukrów i niesłodowanego ziarna, wstępnie przetworzonych surowców (ekstraktu z chmielu czy słodu), dodawanie do piwa enzymów, które usuwają niechciane substancje lub usprawniają proces. No i przede wszystkim nieustanny wyścig z czasem, szczególnie gorącym latem, kiedy piwa pije się najwięcej, albo przy okazji większych imprez sportowych. Wtedy mamy pewność, że piwo będzie dużo gorsze.

Warzenie piwa to proces biochemiczny, którego po prostu nie da się do końca kontrolować. Drożdże są żywymi organizmami i nie zawsze będą pracować tak samo w gigantycznych tankach na piwo, gdzie wraz z wysokością zmienia się ciśnienie i temperatura. Czasem w piwie pojawiają się aromaty, których nie da się usunąć przy pomocy enzymów. Wtedy można zmieszać wadliwe piwo z innym, aby wada w smaku i aromacie nie była tak ewidentna. Albo z 30 innymi. W ten sposób nie tylko otrzymamy piwo pozbawione wyraźnych wad, ale przede wszystkim powtarzalne.

Potem jeszcze pasteryzacja, filtracja (która usuwa z piwa też aromat i rozjaśnia kolor), wytrącanie garbników polimerami, a na koniec dodatek wody i ekstraktu chmielowego.

Pomstować jednak nie ma na co. Dzięki skali produkcji marża producenta piw koncernowych jest minimalna, pół litra kosztuje mniej niż bilet autobusowy, a jakość jest proporcjonalna do ceny. Dzięki korporacyjnej i unijnej kontroli jakości standard w polskich browarach jest o niebo wyższy niż w krajach Wschodu lub w Afryce, ale także na południu Europy. Lepsze natomiast mogłoby być prawo - w tej chwili producent nie musi podawać na etykiecie dodatku kukurydzy, ryżu czy cukru, a deklarowana zawartość alkoholu nie musi idealnie pokrywać się z jego faktyczną zawartością.

Browary regionalne

Do niedawna największym problemem było co innego - brak alternatywy dla zunifikowanego piwa. W Polsce trudno było nawet spróbować czegoś, co nie było piwem dla mas. Aż pojawiły się pierwsze browary regionalne.

Nazywamy je tak, ponieważ kiedyś sprzedawały piwo w swoim regionie, dziś nie mają problemów z ogólnokrajową dystrybucją. Są to browary średniej wielkości, mogące wyprodukować 0,5-5 proc. tego, co ich więksi koledzy. Dzięki temu mogą produkować piwa droższe, lepiej odpowiadające indywidualnym gustom, a także pozwolić sobie na eksperymenty z drożdżami i nowofalowymi chmielami.

Nie dysponują zaawansowaną technologią, nie mają własnych laboratoriów. Nie mogą mieszać piw ani w inny sposób usuwać powstałych wad. Nie zawsze zatrudniają specjalistów. Możemy tu trafić na piwa świetne, ale też wadliwe, a nawet zepsute, nawet jeśli kupujemy piwo tej samej marki.

Rewolucja browarów rzemieślniczych

Od 2012 r. w Polsce zaczynają pojawiać się maleńkie browary rzemieślnicze. Największy warzy statystycznie ok. 15 hl piwa dziennie. Najmniejszy - parędziesiąt litrów. Ich piwa zwykle nie da się kupić w sklepie, wielu mikroproducentów nie sprzedaje nawet butelek. To zakłady prowadzone przez jedną osobę, rodzinę lub firmę, często doświadczonych piwowarów domowych lub fascynatów. Warzą piwa takie, jakie sami lubią, eksperymentują. Każde ich piwo, każda warka będzie trochę inna.

Są nieefektywni - produkują drogo, na małą skalę, z drogich surowców. Rozszerzają granicę tego, jak w ogóle może smakować piwo. Cały czas prezentują nowości - w ubiegłym roku na polskim rynku pojawiło się około 1000 nowych piw z browarów rzemieślniczych. W ich ofercie możemy natrafić na piwa słabe, przeciętne, ale też genialne. Szczęśliwie, wraz z narastającym doświadczeniem, tych ostatnich jest coraz więcej, aż po piwa, które swoim smakiem zwalają z nóg.

Piwo rzemieślnicze może być wyważone, pijalne, ekstremalnie goryczkowe, kwaśne, pachnieć cytrusami, żywicą, bananem, iglastym lasem, kawą, czekoladą, wędzonką, wanilią... Piwowarzy szukają najdziwniejszych połączeń smakowych. Leżakują swoje piwa w beczkach po winie albo mocnych alkoholach, dodają zwariowanych dodatków, takich jak śledzie, buraki czy rumianek. Te produkty są niepowtarzalne.

Święto 500 smaków

Wierni pielgrzymujący za dobrym piwem mają swoje kapliczki, kościoły i katedry. Kapliczkami są sklepy, raczej w dużych miastach, gdzie można upolować ciekawsze piwa. Kościołami puby zwane wielokranami lub multitapami, w których piwa zmieniają się jak w kalejdoskopie, a barman zawsze poleci nam coś wyjątkowego, co przypasuje naszemu smakowi. Piwnymi katedrami zachwycającymi różnorodnością i wielością szczegółów są piwne festiwale.

Największym festiwalem w Polsce i jednym z największych na świecie, gdzie piwowarzy polewają tylko i wyłącznie swoje piwo rzemieślnicze, jest Warszawski Festiwal Piwa, który odbędzie się w dniach 7-9 kwietnia na Stadionie Miejskim Legii Warszawa przy ul. Łazienkowskiej 3. Przez trzy dni czekać tam będzie na amatorów ponad 500 różnych lanych piw, czyli 500 różnych - często ekstremalnych - smaków i aromatów. Festiwal czynny jest w czwartek w godz. 14-1, w piątek w godz. 12-1 i w sobotę w godz. 12-1. Wstęp: 10 zł za bilet jednorazowy. Organizatorzy uprzedzają, że warto zaopatrzyć się w gotówkę, bo nie we wszystkich stoiskach będzie można płacić kartą. Szczegóły