Uwolnił się od nałogu narkotykowego. Jako psychoterapeuta pomaga innym

Marcin Kozłowski
16.08.2016 12:00

MATERIAŁY PRASOWE

Narkotyki zniszczyły jego marzenia o sportowej karierze. Dziś jako psychoterapeuta pomaga tym, którzy ugrzęźli
Robert Rutkowski uwolnił się od nałogu narkotykowego w 1986 roku. Uświadomił sobie, że może zostać terapeutą, po udanej rozmowie z matką narkomana. Ukończył m.in. pedagogikę resocjalizacyjną i kursy specjalizacyjne dla psychoterapeutów leczących uzależnienia. W swojej książce "Oswoić narkomana" opowiada o piekle, jakie przeżył na początku lat 80.

Marcin Kozłowski: Po co panu ta książka?

W zasadzie po nic, nie było żadnego szczególnego celu. Z propozycją jej napisania wyszła dziennikarka Irena Stanisławska. Nie było jej łatwo mnie przekonać, choć nie ukrywam, że człowiek ma chęć pozostawienia czegoś po sobie.

Książka to autopromocja?

Propozycja napisania książki bez wątpienia łechce ego. O aspekcie finansowym nie ma mowy, zarabiam na tej książce naprawdę symboliczne. Prawdą jest, że przed wydaniem książki miałem sporo pacjentów, ale teraz mam ich jeszcze więcej.

"Oswoić narkomana" to opowieść o pańskich uzależnieniach. Nie miał pan oporów, by tak się odsłonić?

Wręcz przeciwnie. Gdybym był nauczycielem, wykładowcą, albo prezesem dużej firmy, pewnie bym się na to nie zdecydował. Ale ja wykonuję zawód, w którym otwartość i szczerość to podstawa. Parę życiorysów, które przeczytałem, zainspirowało mnie do zmian. Nieskromnie pomyślałem, że jeśli pomogę chociaż jednej osobie, to warto tę książkę popełnić. Z Ireną pokazaliśmy w tej książce, że można wydostać się nawet z najczarniejszej dziury.

I jakie są reakcje?

Kiedyś dostawałem 2-3 e-maile dziennie, teraz dostaję 20-30. Ludzie dzielą się swoimi historiami. Ostatnio po wywiadzie w radiu podszedł do mnie ochroniarz i powiedział: "Panie Robercie, ja już pięć lat nie biorę, książka jest super, bardzo za nią dziękuję". Ludzie składają mi niemalże hołdy, piszą, jak bardzo ta książka jest dla nich ważna. Cieszę się, że mam spory dystans do siebie, bo niektóre te informacje mogłyby zrobić mi krzywdę.

W jakim sensie?

W zawodzie terapeuty najbardziej niebezpieczne jest to, że uwierzy w to, że jest Bogiem i wszystko może. Terapeuta musi mieć świadomość swoich plusów, ale i minusów. Jeśli człowiek nie ma odpowiedniego przygotowania psychologicznego, może mu w takiej sytuacji odwalić sodówa.

Powrót do przeszłości musiał być dla pana bolesny.

Wydawało mi się, że będę jedynie sięgał do mojej pamięci. Tymczasem pojawiły się emocje. Emocje, które pochodziły z tamtego czasu. Miałem okazję przekonać się na własnej skórze, że pewnych doświadczeń nie da się "przepracować". Dlatego zacząłem biegać dłuższe dystanse. Kiedyś było ok. 5-6 kilometrów, po spotkaniach z Ireną zwiększyłem dystans dwukrotnie.

Heroinę pierwszy raz podał panu kolega z drużyny koszykarskiej na wyjeździe w Zakopanem. Czytam, że to był trudny okres - problemy w szkole, kłótnie rodziców.

Ludzki mózg jest cudownym urządzeniem, ale jednocześnie bardzo tępym. Łatwo go zawirusować. Teoretycznie miałem w życiu wszystko, ale pojawiły się mikropęknięcia, które tkwią w każdym z nas. Jako zawodnik koszykarskiej reprezentacji Polski byłem człowiekiem sukcesu, ale jednocześnie nie byłem na ten sukces gotowy. Do tego lęki związane ze szkołą, cztery rozwody rodziców, presja na wykazanie się w sporcie. A narkotyk przykrywa to mikropęknięcie, z którym się zmagamy. Mózg nie odróżnia dobra od zła na poziomie neurologicznym. Koncentruje się na doznawaniu przyjemności.

A może uzależniamy się po prostu przez brak podstawowej wiedzy?

Gdyby wiedza była czynnikiem chroniącym przed uzależnieniem, nie byłbym na paru pogrzebach. Wiedza jest czynnikiem koniecznym do zmiany, ale niewystarczającym. Czy lekarz psychiatra, doktor nauk medycznych, który zapija się na śmierć, jest idiotą? Czy chirurg, który zaćpał się szpitalnym narkotykiem, także? Wiedza przed niczym nie chroni, bo człowiek nie ćpa przez rozum, ale emocje.

Co pomogło panu wyjść z uzależnienia?

Sportowa przeszłość. Ludzie, którzy mieli kiedykolwiek do czynienia ze sportem, wiedzą, czym różni się zwykłe wkurzenie od sportowego. Zwykłe wkurzenie to po prostu energia, która rozchodzi się w różnych kierunkach. U sportowca, nawet amatora, złość wywołuje konieczność pozycjonowania się na cel. I tak było w moim przypadku - pomogła mi koszykarska przeszłość. Po samodzielnych nieudanych próbach uwolnienia się od nałogu na kilka miesięcy trafiłem do ośrodka zamkniętego. Przeszedłem też psychoterapię, która pomogła mi zaakceptować siebie takiego, jakim jestem. Udało mi się z tego wyjść tylko dlatego, że byłem sportowcem. Dlatego często wywołuję u pacjentów właśnie takie wkurzenie, które popchnie ich do zmiany.

W jaki sposób ich pan wkurza?

Ludziom wydaje się, że skoro płacą mi za wizytę, to będę ich przytulał. A ja potrafię także przykopać, wskazać słabe strony. Przyszedł do mnie kiedyś dyrektor dużej firmy. Powiedział, że ma dość alkoholu. Zaczął o sobie opowiadać i okazało się, że ma żonę i dwójkę dzieci, a co 2-3 tygodnie chodzi do burdelu i ma jeszcze do tego dwie kochanki. Powiedziałem mu "pan jest suk..., zdrajcą, kłamcą i wiarołomcą". Po takim spotkaniu odpada dwóch pacjentów na dziesięciu. Ale mam ich wystarczająco wielu, żeby nie musieć się z nimi pieścić.

Widzi pan różnicę pomiędzy panem sprzed 30 lat a pacjentami, którzy dziś trafiają do pana z uzależnieniami?

W zasadzie różni się tylko scenografia. Obecni uzależnieni mają o stokroć trudniej, bo są narażeni na dużą liczbę bodźców - telewizja, internet, billboardy, telefony komórkowe. Amerykanie zbadali, że współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednej doby taką ilość informacji, jaką przyjmował człowiek w średniowieczu przez całe swoje życie.

A jaki związek ma przebodźcowanie z narkomanią?

U podłoża sięgania po używki jest napięcie mięśni, strach. Z powodu dużej liczby bodźców produkowany jest w organizmie kortyzol, czyli hormon stresu. Większość osób nadużywających czegokolwiek robi to po to, by właśnie od tych bodźców się odciąć.

Doświadczenia z narkotykami sprawiają, że jest pan lepszym terapeutą niż ci, którzy takich doświadczeń nie mieli?

To bzdura. Jeśli ktoś był narkomanem lub alkoholikiem, nie jest wcale lepszym specjalistą. Podam przykład: jeśli zapyta mnie pan, jak najlepiej dotrzeć na Giewont, od razu włącza mi się pamięć co do trasy, którą sam szedłem. Problem polega na tym, że moja trasa była odpowiednia w tamtym konkretnym momencie, przy danej pogodzie i przy mojej kondycji. I to nie musi oznaczać, że ta trasa będzie odpowiednia dla pana. To, co mi pomogło w walce z uzależnieniem, wcale nie musi pomóc mojemu pacjentowi. 

Doświadczenia z narkotykami dały panu cokolwiek?

Kilka lat w uzależnieniach rozwinęło we mnie inteligencję emocjonalną, co oznacza większe zrozumienie dla własnych emocji, asertywność i lepsze kontakty z innymi ludźmi. A to dzięki temu, że jako narkoman musiałem cały czas kombinować, przekonywać i okłamywać, by zdobyć pieniądze, załatwić towar i uniknąć konsekwencji swoich działań. Poza tym gdybym nie przeżył tego, co przeżyłem, nie wiedziałbym, że można być szczęśliwym na trzeźwo. Wcześniej trzeźwość wydawała mi się nudna. Teraz celebruję swoje nudne, szare życie. Inaczej pewnie nie umiałbym się tak z tego cieszyć.

Odzywa się w panu czasem chęć wstrzyknięcia sobie czegoś?

To, że ja wezmę, jest mniej prawdopodobne niż to, że pan weźmie.

Skąd ta pewność?

Bo we mnie nie ma kompletnie żadnej ciekawości. Powrót do narkotyków byłby jak powrót do dawnej kochanki. Po latach wszystko opada. Patrzy się na dawne wydarzenia z lekką konsternacją, a nawet zażenowaniem. Narkotyki to jedna wielka ściema. Jestem frajerem, który dał się zwieść iluzji.

Więcej o: