Nikt w Unii za Gruzję umierać nie będzie

Kinga Graczyk
31.08.2008 00:00
Dziś przedstawiciele państw Unii Europejskiej zbierają się w Brukseli na szczycie poświęconym sytuacji na Kaukazie. Wszystko wskazuje na to, że żadnych sankcji wobec Rosji nie wprowadzą
Z gąszczu wypowiedzi unijnych polityków wyłania się jedno - nie ma zgody co do sankcji, jakie ewentualnie Unia miałaby nałożyć na Rosję. Rosjanie korzystają z tego i prowadzą dyplomatyczną wojnę podjazdową, próbując przeciągnąć na swoją stronę tych, którzy mają jakiekolwiek wątpliwości. Choć kanclerz Niemiec Angela Merkel zarówno w rozmowie z prezydentem Lechem Kaczyńskim, jak i publicznie potępiła uznanie przez Rosję niepodległości Południowej Osetii i Abchazji, to już jej minister spraw zagranicznych Frank Walter Steinmaier w rozmowach ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Siergiejem Ławrowem daleki był od kategorycznych stwierdzeń. Jak podało rosyjskie MSZ, obaj panowie uzgodnili, że "należy uspokoić spekulacje na temat nieistniejącego w rzeczywistości zagrożenia dla innych krajów postsowieckich." W wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung" Steinmaier zalecał Unii siłę i roztropność w rozwiązywaniu sytuacji na Kaukazie. A to oznacza, że Niemcy nie poprą propozycji nałożenia na Rosję żadnych sankcji.

Kpiący ton wicepremiera

Wczoraj w Libii doszło też do spotkania premiera Włoch Silvia Berlusconiego z wicepremierem Rosji Siergiejem Iwanowem. Po tej rozmowie rosyjski polityk nie krył zadowolenia. - Wprowadzenie sankcji, dążenie do ukarania Rosji za jakoby agresję na miłującą pokój Gruzję Dzisiejsze spotkanie pokazuje, że nie wszyscy tak myślą - mówił kpiącym tonem Iwanow w wywiadzie dla rosyjskiej telewizji Vesti. Prawdopodobnie w Brukseli przepadną też propozycje Wielkiej Brytanii. Według tygodnika "Sunday Telegraph" Londyn chciałby, aby UE nałożyła sankcje na wymienionych z nazwiska przedstawicieli prorosyjskich władz Południowej Osetii i Abchazji. Czołowi politycy tych regionów mieliby dostać zakaz wjazdu do krajów Unii. Zdaniem Davida Clarka, szefa ośrodka badawczego Russia Foundation, jedynym krokiem UE, który wjakikolwiek sposób "wzruszyłby" Rosjan, byłoby zmniejszenie zależności od dostaw rosyjskiej ropy i gazu. Mogłoby to oznaczać wycofanie się z już zawartych porozumień i utworzenie "energetycznego NATO", organizacji wzajemnej pomocy w dostawach energii, uruchamianej w przypadku ich odcięcia przez Rosję wobec któregoś z członków. Jednak szanse na to, że Berlin wycofa się z rosyjsko-niemieckiego porozumienia ws. rurociągu północnego, są jeszcze mniejsze niż unijne sankcje.

Co zaproponuje Polska

Ryzyko, że Rosjanie sięgną po swój "energetyczny argument", są zdaniem analityków nikłe, ale sama groźba jego użycia wystarczy, by budzić niepokój. "Daily Telegraph" podał, że Rosja może zredukować dostawy ropy rurociągiem Przyjaźń, a po Moskwie krążą plotki, że dyrektorzy koncernów energetycznych otrzymali od Kremla polecenie, aby nie opuszczali miasta w czasie weekendu. Według tych domysłów Polska i Niemcy mogłyby już dziś paść ofiarą energetycznego odwetu Kremla za ich postawę wobec Gruzji. Kategoryczne stanowisko polityków wobec Rosji może złagodzić również raport OBWE, do którego fragmentów dotarł niemiecki tygodnik "Der Spiegel". W dokumencie mają być nie tylko dowody na zbrodnie wojenne popełniane przez Gruzinów, ale również stwierdzenie, że to działania gruzińskich władz doprowadziły do eskalacji konfliktu w Płd. Osetii. Także polska delegacja na szczyt, której przewodniczył będzie prezydent Lech Kaczyński, nie wiezie ze sobą ostrego stanowiska. Jego najważniejszymi punktami są pomoc humanitarna dla Gruzji, udział UE w jej odbudowie i powołanie pod egidą wspólnoty międzynarodowych sił pokojowych.