Mag w kowbojskim kapeluszu

metro
01.12.2008 00:00
Mija ćwierć wieku od wydania ?Koloru magii? - pierwszej powieści z tzw. cyklu Świata Dysku autorstwa Terry'ego Pratchetta (polski przekład wydano w 1994 r). Wśród zagorzałych fanów brytyjskiego pisarza jest sam twórca wiedźmina Andrzej Sapkowski
Romans z wampirem

60-letni Pratchett do chwili ukazania się pierwszej książki Joanne K. Rowling o Harrym Potterze był najpopularniejszym autorem na Wyspach Brytyjskich. Sławny jest jednak na całym świecie - sprzedał ponad 50 mln egzemplarzy swoich książek, w samej Polsce - jak informuje wydawnictwo Prószyński i Ska - ok. 1,2 mln egz. Akcja jego powieści dzieje się w przesyconym magią świecie, który jest płaską tarczą opartą na grzbietach słoni stojących na gigantycznym żółwiu. Ich znakiem szczególnym jest opieranie na dobrze znanym motywie - np. historii upiora z opery czy Makbeta. Pratchett wpasowuje tę historię w reguły wymyślonego przez siebie świata i inkrustuje ją wątkami zaczerpniętymi ze współczesnej popkultury. Podobną receptę stosował Andrzej Sapkowski w pierwszych opowiadaniach wiedźmińskich.

Pratchett jako 13-latek pisywał do gazetki szkolnej, cztery lata później rzucił szkołę i został dziennikarzem. W 1983 r. został rzecznikiem brytyjskiego Centralnego Zarządu Elektroenergetyki, któremu podlegały brytyjskie elektrownie atomowe. Rzucił tę pracę po napisaniu czwartej książki z cyklu "Świata Dysku", kiedy jego utwory na dobre zagościły na listach bestsellerów.

Pratchett jest wielkim fanem komputerów. - W domu ma komputer z sześcioma wielkimi monitorami LCD. Kiedyś opowiadał w żartach, że miał taki z trzema, ale okazało się, że jego agent ma podobny. A że nie dał się przekonać, by ograniczyć się do takiego z dwoma monitorami, Pratchett zmienił system na taki z sześcioma - opowiada Piotr W. Cholewa, tłumacz książek Pratchetta.

Pisarz jest kochany przez fanów, między innymi za to, że na spotkaniach autorskich z benedyktyńską cierpliwością podpisuje książki tak długo, dopóki są chętni. Jego znakiem rozpoznawczym są czarne kowbojskie kapelusze z ogromnymi rondami. Nosi je tylko "na służbie" - jeżeli ma ochotę wyjść np. do księgarni, nie rozdając autografów, wychodzi z gołą głową i ponoć nikt go wtedy nie rozpoznaje.

Rok temu lekarze zdiagnozowali u niego chorobę Alzheimera. Mimo to nie przestał pracować nad kolejną powieścią ze "Świata Dysku". "Raising Taxes" ukaże się w Anglii w przyszłym roku. W Polsce na wydanie czekają jeszcze dwie wcześniejsze powieści.

Z Andrzejem Sapkowskim, pisarzem, koneserem fantastyki i wielkim fanem Pratchetta, rozmawia Michał Wojtczuk

Jak bardzo Pratchett ze swoją ironią i dystansem do własnych bohaterów odstawał od fantastyki w 1983 r.?

- Fantastyka, zarówno science fiction, jak i fantasy wyłoniła własny odrębny gatunek "humorystyczny", obfity w tytuły i mający bogate i pradawne tradycje sięgające Fritza Leibera (Fafhrd i Szary Kocur), L. Sprague de Campa i Fletchera Pratta (cykl Harold Shea) oraz Roberta Sheckleya z licznymi opowiadaniami, na czele z prześmiesznym "Księgowym". Przed Pratchettem zbierali laury Gordon R. Dickson, który zaczął cykl smoczy pod koniec lat 50. Robert Asprin (cykl Myth) i Piers Anthony (Xanth) tworzyli od końca lat 70. W 1979 opublikowano "Autostopem przez Galaktykę" Douglasa Adamsa. Nie należy zapominać o Lemie ("Cyberiada" w 1965 r.), bo w haśle "Humor w s.f." nie zapomina o nim żadna branżowa encyklopedia. Już po "Świecie Dysku" humorystyczną fantastykę pisali i piszą: Craig Shaw Gardner (cykl Ebenezum), Terry Brooks (Magiczne królestwo) czy Martin Scott. I inni, wielu, imię ich jest legion. Reasumując: Pratchett wpasował się w istniejący nurt, przełomu nie dokonywał, a subgatunek wzbogacił, i owszem: własnym talentem pisarskim.

Pratchett moim zdaniem jest wyjątkowy, m.in. dlatego, że jego twórczość ewoluuje: mniej więcej od "Pomniejszych bóstw" zaczął włączać do swoich powieści bardzo poważne wątki - równouprawnienie, rasizm, feminizm - bynajmniej nie przestając bawić. Tylko że gdzieś tam w tle pojawiła się jakaś gorycz, żal, smutek.

- Nie mam szczególnych uprawnień do oceniania, twórczości Pratchetta nie śledzę na bieżąco, z tomu na tom "Świata Dysku", bo zrobiło się ich zwyczajnie za dużo. Pratchetta znam jednak osobiście, jest moim rówieśnikiem, debiutowaliśmy podobnie, on z "Discworldem" pod koniec 1983, ja z "Wiedźminem" pod koniec 1986 r. Temperamenty też mamy raczej zbliżone. Zaryzykuję więc stwierdzenie: dlaczego, u diabła nie miałby czuć się tak samo jak ja? I przesączać tego, co czuje, co obserwuje wokół, do tego, co pisze? O jego chorobie słowa nie uronię, bo Terry Pratchett nie z tych, co ulegają i kapitulują.

Za co pan ceni Pratchetta?

- Będę niezwykle oryginalny: za poczucie humoru. Bawiłem się całkiem dobrze przy lekturze większości wyżej wymienionych koryfeuszy podgatunku "humorystycznego". Ale, z ręką na sercu, po "Cyberiadzie" i "Dziennikach gwiazdowych" Lema nie sądziłem, że jeszcze kiedyś przydarzy mi się lektura zdolna przyprawić mnie o podobnie dzikie spazmy śmiechu. A dokonał tego właśnie Pratchett. Po dwudziestu pięciu latach.

Jego powieści usiane są zdaniami perełkami nadającymi się do wygrawerowania na mosiężnej tabliczce, którą można ustawić na biurku albo zgoła na tablicy nagrobnej. Ma pan jakieś ulubione?

- Jest ich tyle, że dałoby się z nich złożyć obszerną książkę. Jest taka nawet w internecie. Trudno mi więc ułożyć krótką listę. Na mosiężnej tabliczce chętnie widziałbym stwierdzenie o Chaosie, który zawsze triumfuje nad Ładem, bo jest lepiej zorganizowany. I o podatkach, które są gorsze od śmierci, bo śmierć przynajmniej nie przypada corocznie. Jako zapalony wędkarz muchowy uwielbiam metafizyczne rozważania jętek majowych o Wielkim Pstrągu i życiu pozagrobowym. I to o zwierzętach, których zakres wszechświata sprowadza się do rzeczy, które: a) nadają się do kopulacji, b) można zjeść, c) mogą ciebie zjeść, d) kamienie. Cudowna jest dewiza na godle Straży: Fabricate diem, punc [przełożone na łacinę kultowe zdanie Brudnego Harry'ego: "Make my day, punk" - No, spróbuj, chłystku]. A najtrafniejsze i najpełniej oddające stan rzeczy są zawsze i niezmiennie wypowiedzi Bibliotekarza.

Pratchett zepsuł mi heroiczną fantasy. Już nie mogę czytać o Conanie Barbarzyńcy, bo widzę Cohena Barbarzyńcę. Pan też tak ma?

- Nie. Bo nigdy nie lubiłem czytać o barbarzyńcach "prawdziwych i na serio". Dla mnie najlepsi barbarzyńcy w fantasy to Fafhrd Fritza Leibera, Burok Johna Morressy'ego, Maureen "Muffy" Birnbaum George'a Effingera i właśnie Cohen Pratchetta.

Czy pisząc pierwsze opowiadanie o wiedźminie, był pan już po lekturze Pratchetta? Czy ta jego ironia i dystans oraz zdolność do opowiadania na nowo historii wszystkim znanych jakoś pana inspirowały?

- Twórczość Pratchetta poznałem po debiucie, dużo później, nie przyznam się do inspiracji, szedłem własną ścieżką. Odsyłam jednak do wcześniejszego stwierdzenia: bliskości duchowej z Pratchettem się nie wyprę. Myślę, że to samo nas śmieszy, jego i mnie. Nie ma co się dziwić, że, toutes proportions gardées , niezależnie od siebie wpadamy niekiedy na podobne pomysły. I schodzą się nam drogi.

Podziel się swoją opinią: metro@agora.pl