Adamka czeka Koszmar

Maciej Baranowski
08.02.2010
Jason Estrada stoczył chyba najlepszy pojedynek w karierze. Błyszczał także aktorsko, minami i gestami starając się sprowokować Tomasza Adamka. Wszystko na nic. Polak konsekwentnie przez 12 rund punktował rywala i wszyscy trzej sędziowie uznali, że był lepszy. Z następnym przeciwnikiem, Chrisem Arreolą, tak łatwo jednak nie będzie
Estrada był idealnym rywalem na drugą walkę Polaka w wadze ciężkiej. Niezłe nazwisko, całkiem efektowny styl, ale i słaby cios (ledwie cztery wygrane przez nokaut) - ot w sam raz na poważny sprawdzian w królewskiej kategorii.

To wszystko potwierdziło się wczoraj, na ringu w hali Prudential Center w Newark, szczelnie wypełnionej widzami, w zdecydowanej większości kibicującymi Adamkowi. W trakcie walki Amerykanin dwoił się i troił, ale ani razu nie zaskoczył mądrze walczącego Adamka. Estrada po każdej rundzie wymownie podnosił w górę rękę w geście triumfu, często stroił miny, chcąc pokazać, że ciosy Polaka nie robią na nim żadnego wrażenia. Ale "Góral" nie dawał się sprowokować. Systematycznie punktował rywala, trzymał go na dystans i szachował prostymi. Wystarczyło, by wygrać walkę, ale wyraźnie dało się zauważyć, że dodatkowe kilogramy (w dniu walki Polak ważył ok. 102 kg) zrobiły swoje i dynamika byłego mistrza niższych kategorii nie była już tak zabójcza.

- Sędziowie mnie okradli! W najlepszym razie dałbym Adamkowi trzy wygrane rundy. Na dwanaście! Czuję się, jakby ktoś przystawił mi pistolet do głowy - rozpaczał Estrada, który po werdykcie upadł na kolana i rozpłakał się.

Wygrana cieszy i zwycięzcy należą się brawa. Ale dziś za oceanem o tej walce już pewnie nikt nie będzie pamiętał. Bo pojedynek był widowiskiem średniej klasy. Bez dramatycznych momentów czy silnych ciosów, czyli tego, za co kibice kochają najcięższą kategorię. Cóż z tego, że Polak często i czysto trafiał, skoro Estrada twardo trzymał się na nogach i ciosy nie robiły na nim większego wrażenia? A jeśli nie robiły na Estradzie, to niedobrze wróży to przed kolejnym pojedynkiem Adamka. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że 24 kwietnia Polak zmierzy się z Chrisem Arreolą. Pięściarz o wdzięcznym pseudonimie "Koszmar" jest wyższy od Estrady o 8 cm i cięższy o kilkanaście kilogramów. - I dużo wolniejszy - uspokaja trener Andrzej Gmitruk. - Do tak wielkiego chłopa nie podejdziemy ze strachem, ale z myślą "duży gość, łatwiej go trafić" - dodaje szkoleniowiec.

Z najlepszym polskim specem od boksu nie można się nie zgodzić - Arreola jest silny jak tur, ale walczy chaotycznie i razi ślamazarnością.

Obóz Polaka nie załamuje rąk, że na przygotowania do następnego pojedynku będzie mieć nieco ponad dwa miesiące. - Boks to moja praca. Ta walka to ryzyko, ale i szansa. Trzeba spróbować - prosto tłumaczy Adamek. - Robię sobie dwa tygodnie odpoczynku i zabieram się do pracy.

Pod koniec kwietnia w ringu, najprawdopodobniej w Los Angeles, spryt i szybkość Adamka zostaną poddane brutalnej próbie Arreoli. Walkę transmitować będzie HBO. Wówczas liczyć się będzie nie tylko wynik, lecz także styl.