Co będzie z pokoleniem "za tysiaka nie robię"?

Michał Stangret
02.03.2010 21:00
Nie walczą o to, by zostać dyrektorem, marzą, by pracować dla siebie Obok młodych Polaków, którzy uparcie robią, co mogą, by wejść na rynek pracy, rośnie grupa, która mówi "dość uderzania głową w ścianę" i porzuca walkę o etat
Co robią? Studiują w nieskończoność, żyją z kieszonkowego od rodziców, łapią się prac dorywczych, co lepsi żyją ze stypendiów naukowych albo uciekają w szarą strefę. Co się z nimi stanie? Jeszcze bardziej wsiąkną w szarą strefę? Przeczekają okres spowolnienia i gdy przyjdzie ożywienie, zaczną pracować legalnie? A może założą legalne firmy? Pisaliśmy o tym kilka dni temu, przytaczając zdziwienie ekspertów tym zjawiskiem. Dostaliśmy mnóstwo bardzo zaangażowanych listów. Oto niektóre z nich.

Piszę prace magisterskie. 1,5 tys. zł. do ręki. Gdzie ja znajdę taką pracę?

Kończę studia dzienne z ekonomii na jednej ze śląskich uczelni. Rok temu zacząłem przygodę z praca. Znalazłem staż w jednym z banków. Wykonywałem obowiązki doradcy, tyle że za mniejsze pieniądze, bo za 1,5 tys. brutto, czyli netto lekko ponad "tysiaka". Za akademik płaciłem 400 zł, teraz za mieszkanie płacę 450-480 zł (w zależności od rachunków). Jakie przełożenie mają rachunki na zarobki? Łatwo policzyć. Staż skończył się po 3 miesiącach i zaczęło się poszukiwanie innej pracy. Trwało dłuuugo, nie mam szans ze studentami zaocznymi i tymi z uczelni prywatnych. Wiele razy słyszałem "ale napracować to się pan nie zdążył". Wziąłem się za pisanie prac magisterskich na zlecenie. Za jedną sztukę można skasować od 1-1,5 tys. zł. w zależności od skomplikowania tematu i oczekiwań "kontrahenta" co do oceny. Napisanie jednej zajmuje 3-4 tygodnie. Gdzie znajdę taką pracę?

Teraz myślę, że studia były głupotą. Można było posiedzieć w UK ze 2 lata, zarobić, przyjechać i zacząć jakąś budowlankę albo układanie kostki. Do tej pory pewnie miałbym już coś odłożone. A tak, nic - żyję z miesiąca na miesiąc.

steveblade

Po zalegalizowaniu pracy na czarno większość dochodów zagarnie państwo.

Proszę zauważyć, że człowiek pracujący na czarno za 1500 zł po zarejestrowaniu działalności, opłaceniu "kary za aktywność" na ZUS (800 zł) i biura rachunkowego (minimum 200 zł) miałby dla siebie 500 zł za miesiąc pracy. W efekcie istniejącego systemu tym, którzy mają niskie dochody, nie opłaca się pracować legalnie. W naszym kraju praca obłożona jest opodatkowaniem podobnym do akcyzy na dobra luksusowe. Niestety, kolejne rządy nie robią za wiele, aby tę sytuację zmienić. W Wielkiej Brytanii roczny "angielski ZUS" (około 130 funtów) kosztuje mniej niż polski miesięczny, dlatego aktywni Polacy zakładają firmy za granicą. Czy rządzący zrozumieją, że wysokimi opłatami duszą ludzką inicjatywę? Może zrozumieją dopiero wtedy, gdy ZUS zbankrutuje i trzeba będzie zabrać się do poważnych reform?

Marcin Janowski

Nie dziwcie się, że młodzi Polacy nie chcą pracować za grosze!

Gdy przeczytałem artykuł o tym, jak to młodym Polakom nie chce się za tysiaka pracować, najbardziej zadziwiło mnie to, że ekspertów rynku pracy może dziwić taka postawa Polaków, ich niechęć do wkraczania w życie zarobkowe, brak ich aktywności zawodowej itd. Można by było zadać w tym miejscu pytanie wszystkim wypowiadającym się na ten temat zdziwionym specjalistom - czy oni mieliby chęć do pracy, gdyby im płacono miesiąc w miesiąc 1 tys. zł? Wskazujecie np. młodych Niemców, Duńczyków czy Holendrów, że zaczynają aktywność zawodową kilka lat wcześniej niż Polacy. Dlaczego? Bo młody Niemiec, Duńczyk czy Holender zarobi tyle, że od razu zauważy, że pracować mu się opłaca.

Mieszkam obecnie w 60-tysięcznym miasteczku. Tam praca za 1400 zł to skarb, a koszty utrzymania są wysokie. Jakie np. perspektywy ma młody nauczyciel, który zaczyna pracę w szkole za jakieś 1000 zł na rękę? Jak on ma być aktywny w tej pracy, jak ma się w nią angażować, rozwijać? A wie, że szczyt jego kariery nauczycielskiej w takiej mieścinie to jakieś 2 tys. zł na rękę. Nie dziwię się, że wiele osób z premedytacją postanawia nie pracować. Dlaczego? Bo dobrze wiedzą, że nie pracując, mając rodzinę na głowie, dostaną od gminy, MOPS-u czy GOPS-u i innych instytucji tyle pomocy, że sięgnie ona swoją wartością prawie pensji pracującego sąsiada. Do tego mają gratis 24 godziny na dobę wolnego czasu. Mogą więc swobodnie dorabiać na czarno.

Krzysztof Kossarzecki

Czy młodzi nie mają ambicji?

Czy młodzi Polacy rzeczywiście są leniwi i mało przedsiębiorczy? Do dziś mam przed oczami ogłoszenie jednej z renomowanych firm consultingowych, która oferowała bezpłatny staż polegający na ośmiogodzinnej obsłudze recepcji, i zastanawiam się, czy to nie był jakiś żart. Czy niechęć absolwenta renomowanego uniwersytetu do pracy w call center na umowę-zlecenie za 700 zł miesięcznie kogokolwiek dziwi? A to niestety fakty. I czy taka postawa młodych faktycznie jest świadectwem braku ich ambicji, czy wręcz przeciwnie?

Stanisław Sikora

Ucieczka w szarą strefę to zwykłe lenistwo

Z Adamem Ambrozikiem, dyrektorem Departamentu Przedsiębiorczości i Dialogu Społecznego Konfederacji Pracodawców Polskich, rozmawia Michał Stangret

Chyba nie jest tak trudno odgadnąć, dlaczego młody Polak, mając do wyboru staż za kilkaset złotych miesięcznie albo perspektywę zarobienia nieopodatkowanych 4 tys. zł za udzielanie korepetycji czy handlowanie w internecie, wybierze tę drugą możliwość?

- Oczywiście młody człowiek może myśleć, że będzie mu lżej, bo nie zapłaci podatków albo ubezpieczeń, ale dziś naprawdę trudno znaleźć korzyści z działania w szarej strefie. Brak rejestracji działalności hamuje potencjalny rozwój biznesu. Bez tego młody człowiek nie może przecież sięgać po środki pomocowe na rozkręcenie biznesu, czy to unijne, czy z urzędów pracy. Nawet te 20 tys. bezzwrotnej dotacji z urzędu pracy piechotą nie chodzi.

Przede wszystkim jednak, prowadząc legalną działalność, można się do woli reklamować bez obaw o to, że przyczepi się kontrola skarbowa. Na ucieczkę młodych w szarą strefę nie ma innego wytłumaczenia jak zwykłe lenistwo.

To może, gdy okaże się, że całkiem nieźle im idzie, ci młodzi zaczną legalizować swoje biznesy? Kilka dni temu pisaliśmy o niebywałym zrywie przedsiębiorczości Polaków w ubiegłym, kryzysowym roku, kiedy to ponad 300 tys. osób założyło działalność gospodarczą. Jak dużo z tych firm założyli młodzi?

- Nie znamy dokładnych danych. Szacuję, że osoby przed trzydziestką mogły założyć nawet 30-40 proc. tych firm. Jeszcze kilka lat temu marzeniem młodych osób była praca na etacie w dużej korporacji, zdobycie tam stanowiska dyrektora działu, z pensją 15-20 tys. zł i samochodem służbowym. Zanim jednak było to osiągalne, młodzi pracowali za średnie pensje odbiegające od poziomów europejskich. Dziś marzeniem młodych ludzi jest prowadzenie własnej działalności. Widzą, że właśnie praca na swoim, a nie w korporacji, daje większe i szybsze szanse na europejskie zarobki. Kalkulują i dochodzą do słusznego wniosku, że prawdopodobieństwo zostania dyrektorem działu jest dużo mniejsze niż szansa na powodzenie własnego biznesu, bo liczba stanowisk dyrektorskich jest przecież ograniczona. Młodzi bardziej cenią sobie tez niezależność - pracując dla kogoś, zawsze będą musieli się podporządkowywać.

Czy to znaczy, że w najbliższych latach będziemy obserwować gigantyczny wysyp firm zakładanych przez młodych?

- Trend będzie rosnący, szczególnie gdy koniunktura będzie się poprawiać. Zwróćmy uwagę na to, że wiele osób spróbowało "swojego" w kryzysie, i mało prawdopodobne, że będą chciały pracować na etacie. To może spotkać tych, którym zdarzają się spektakularne finansowe wpadki.

Młodzi wciąż są kryzysoodporni!

Tak młodych Polaków oceniali socjologowie, komentując w listopadzie 2008 roku wyniki zleconych wtedy przez "Metro" badań "Pokolenie wyżu demograficznego" (przeprowadził je SMG/KRC na osobach w wieku 24-34 lat). Mieliśmy już za sobą pierwszą odsłonę kryzysu, tymczasem młodzi Polacy byli nad wyraz twardzi. Nie bali się utraty pracy, wierzyli, że poradzą sobie z wszelkimi kłopotam (aż 71 proc. z nich było przekonanych o tym, że nawet, jeśli straci pracę, zawsze znajdzie coś nowego), mimo pogarszającej się sytuacji ekonomicznej nadal chcieli brać kredyty, kupować mieszkania (planowało to 39 proc. z nich, tylko 20 proc. zarzuciło takie plany). Z badań focusowych, które z młodymi przeprowadzili badacze, wynikało, że młodzi ludzie powtarzali niczym mantrę "nie ma powrotu do czasów, kiedy to pracodawca rządził rynkiem pracy". Większość zgodnie powtarzała, że "przeciwności losu tylko mobilizują ich do działania". Socjologowie chwalili tę postawę, ale równocześnie ostrzegali, że kryzys i pogarszająca się sytuacja na rynku pracy może złamać ich optymizm ("wysoko lecą i mogą z wysoka spaść"). To były dopiero początki kryzysu. Już wtedy zastanawialiśmy się z ekspertami, ile wytrzyma "kryzysoodporność" młodych. Dziś okazuje się, że oprócz grupy, która decyduje się brać przysłowiowe staże za tysiaka, rośnie też grupa tych, którzy mają już tego dosyć i szukają innej drogi zawodowej.

>> Metrowa tablica ogłoszeń <<
Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl