Etat ciągle nie dla młodych

wysłuchała Alicja Bobrowicz
26.07.2010 21:35
Mają około trzydziestki, pracują więcej niż koledzy na etacie, na szczęście nie chorują. Z przerażeniem myślą o emeryturze
Choć rynek pracy nieco się ożywił, młodzi ciągle rzadko mogą liczyć na stałą posadę (pisaliśmy o tym we wczorajszym "Metrze"). Przedsiębiorcy zamiast etatu proponują im umowę-zlecenie lub o dzieło. W niektórych branżach takie zatrudnianie stało się już normą. Zapytaliśmy młodych warszawiaków, jak im się żyje bez etatu

Kiedy wpadnę pod samochód, to się nie wypłacę

Rafał, 31 lat, dziennikarz

Od kilku lat pracuję bez etatu i czuję się jak pracownik drugiej kategorii. To moja kolejna redakcja, jestem tu od prawie dwóch lat. Od początku słyszałem od kolegów, że etaty są tylko dla wybranych. Myślałem jednak, że jeśli się sprawdzę, to szefostwo będzie chciało mnie zatrzymać. W efekcie jest tak: pracuję więcej niż etatowcy, którzy są niczym kasta - na specjalnych warunkach. Często siedzę do późna i biorę najbardziej uciążliwe tematy (np. takie, gdzie trzeba daleko dojechać czy wstać wcześnie rano). Urlop, którego moja umowa przecież nie reguluje, dostaję niczym łaskę pańską, kiedy już odpoczną koledzy na etatach. Umowa-zlecenie nie zakłada odprowadzania ani składek zdrowotnych, ani emerytalnych. Jeśli potrąci mnie samochód i trafię do szpitala, to się nie wypłacę. Sam na razie nie jestem w stanie prywatnie się ubezpieczać, bo mnie na to nie stać. Kiedy pytam szefa o etat, słyszę niezmiennie, że jest kryzys, a w podtekście, że mogą mnie bez trudu wymienić.

Żyję z dnia na dzień

Marta, 28 lat, dokumentalistka pleneru

Od dwóch lat zajmuję się wyszukiwaniem miejsc na zdjęcia do reklam i seriali. Mam umowę o dzieło i rzeczywiście elastyczny czas pracy. Dostaję zadanie i termin wykonania, sama ustalam swój grafik. Byłoby to uczciwe i wygodne, gdyby nie fakt, że firma nie daje mi podstawowych narzędzi pracy - sama opłacam dojazd (czasem muszę szukać ciekawych miejsc za miastem), dzwonię z prywatnego telefonu, korzystam z własnego komputera. Czasem, kiedy zapłacę wszystkie rachunki, na życie zostają mi grosze. Może wstyd się przyznać, ale żyję z dnia na dzień. Nie myślę o emeryturze. Kiedy muszę iść do lekarza, płacę za jednorazową prywatną wizytę. Czasami tylko przychodzi mi do głowy, że chciałabym mieć swój kąt, bo ciągle wynajmuję pokój. Ale banku nie będzie przecież obchodziło to, że mam stałe dochody, tylko to, że nie mam umowy o pracę.

W mojej branży nie dają etatów

Marek, 28 lat, grafik komputerowy

W moim zawodzie umowa o dzieło to norma. Etaty ma może kilku zasiedziałych pracowników agencji. Współpracowałem z kilkoma firmami i nigdzie nawet nie robiono mi nadziei na stałą posadę. Plus jest taki, że moja umowa jest objęta prawami autorskimi, więc płacę mniejszy podatek. Minus to zero świadczeń zdrowotnych i emerytalnych. Najgorszy jest jednak brak ciągłości zleceń. Są miesiące, kiedy nie ma pracy. Trzeba naprawdę się dyscyplinować, żeby odkładać pieniądze na gorsze dni. Chyba dojrzewam do tego, żeby założyć firmę i wystawiać faktury, choć ciągle przeraża mnie ta cała biurokracja i księgowość. Zaczynam jednak poważnie myśleć o założeniu rodziny, a to chyba jedyny sposób, żeby mieć ubezpieczenie i odprowadzać składki.

Masz temat dla reportera Metra? Pisz: metro@agora.pl

Zobacz także
  • Podziel się