Młody zarabia mniej. Nawet, gdy jest już stary

Anita Karwowska
17.02.2011 21:05
Młodzi, którzy teraz zaczynają karierę, są w najgorszej sytuacji ze wszystkich szukających pracy: znajdą ją na końcu i zarobią mniej niż absolwenci sprzed trzech lat
Ewa, 25-letnia germanistka z Białegostoku od 2,5 roku nie może znaleźć sensownej pracy. Wszystkie oferty sa poniżej jej kwalifikacji, na zlecenie lub na czarno. Obecnie skleja pudełka w drukarni po 5 zł za godz. - Jeśli nie znajdę pracy do jesieni, wyjeżdżam do Finlandii - zapowiedziała we wczorajszym "Metrze". W odpowiedzi przyszły listy innych młodych bezrobotnych. - Chciałabym dostać minimum 1,5 tys. zł na rękę i etat. Czy to zbyt wygórowane wymagania? Chyba tak, bo od kilku lat nie mogę znaleźć takiej pracy - napisała jedna z absolwentek.

Dane GUS potwierdzają: to właśnie najmłodsi pracownicy najbardziej odczuwają skutki kryzysu. W ciągu ostatnich dwóch lat ich szanse na znalezienie dobrej pracy dramatycznie spadły. W 2008 r. - najlepszym w historii naszego rynku pracy - z ponad 3 mln Polaków w wieku do 25 roku życia pracy nie miało 276 tys. osób. W 2009 r., kiedy zaczął się kryzys, bezrobotnych w tej grupie było o niemal 100 tys. więcej. Pod koniec 2010 r. pracy nie miało już 430 tys. młodych - czyli 15 proc.

W ciągu dwóch lat przybyło 70 tys. bezrobotnych absolwentów szkół wyższych (w sumie jest ich 190 tys.).

Kryzys wlecze się za pracownikiem

Jeśli młodzi już znajdują pracę mniej więcej zgodną z kwalifikacjami, zarabiają mniej niż ci, którzy startowali trzy lata temu. W 2008 r. średnie zarobki absolwenta w pierwszej pracy wynosiły 2,5 tys. zł. W zeszłym roku - o 200 zł mniej - wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak.

- Finansowo będą poszkodowani do końca zawodowego życia - mówi Joanna Tyrowicz, ekspert rynku pracy z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. Przywołuje wyniki badań z Uniwersytetu Stanforda w USA: - Zanalizowano 50 lat amerykańskiego i szwedzkiego rynku pracy. Okazało się, że ludzie zatrudnieni w kryzysie przez całe życie zarabiali 5-10 proc. mniej niż ci, którzy zaczynali pracować w lepszych czasach. Na starcie dostają gorsze warunki płacowe i ta różnica jest później bardzo trudna do nadrobienia.

Aleksandra Strojek, analityk rynku pracy z Sedlak & Sedlak, potwierdza: - W ostatnich latach młodym pracownikom trudno było wynegocjować tak dobre warunki finansowe, jak przed kryzysem. I trudno będzie im zniwelować tę różnicę.

Nieco optymizmu przynoszą dane GUS ze stycznia: płace poszły w górę o 5 proc., a zatrudnienie o prawie 4 proc. w stosunku do stycznia zeszłego roku. Ale nawet jeśli sytuacja na rynku pracy zaczyna się poprawiać, to młodzi odczują to najpóźniej. - Gdy firmy zaczynają zatrudniać, to najczęściej sięgają po ludzi z doświadczeniem, którzy sprawdzili się już w innych firmach - mówi Aleksandra Strojek.

Jak sobie radzić?

- Powinni łapać się każdego zajęcia. Jeśli mają możliwości finansowe, niech spróbują ciekawego wolontariatu albo stażu, by zdobyć doświadczenie i pochwalić się nim w CV. Ci w gorszej sytuacji niech wezmą pracę poniżej kwalifikacji. Nie ma co czekać na pracę marzeń, brak elastyczności wpędza w długotrwałe bezrobocie - radzi Dariusz Polakowski, doktorant Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, doradca zawodowy w Instytucie Współpracy i Partnerstwa Lokalnego w Katowicach. I zastanawia się: - Sześć lat temu bezrobocie wśród młodych wyhamowało dzięki masowym wyjazdom do pracy w Unii. W maju otwiera się dla nas niemiecki rynek pracy i pewnie ucieknie tam wielu młodych Polaków.

Z listów do "Metra": Chcesz pracować? Licz tylko na siebie!

Piszcie do nas: metro@agora.pl

Absolwentka germanistyki z Białegostoku była w urzędzie pracy 19 razy (pisaliśmy o tym w tym tekście). Przeszła niezliczoną liczbę szkoleń i rozmów kwalifikacyjnych. Legalnego etatu nie może znaleźć od dwóch i pół roku. - Z pracą dla młodych jest tragicznie - piszecie do "Metra". I wszyscy podkreślacie: to, co robią pośredniaki to kpina, a nie pomoc bezrobotnym.

Jak PUP chciał wyszkolić polonistkę w czytaniu i pisaniu
Skończyłam filologię polską i komunikację interpersonalną na uniwersytecie. Miałam specjalizację nauczycielską i dziennikarską, podczas studiów pracowałam w biurze prasowym w miejscowości wypoczynkowej na północy Wielkopolski. Po studiach moje doświadczenie okazało się niczym. "Tylko polonistyka?" - pytali pracodawcy. "Komunikacja interpersonalna - co to w ogóle jest?"
Zarejestrowałam się więc w PUP. Zaoferowali mi szkolenie... jak pisać CV i listy motywacyjne! Chcieli tego uczyć polonistkę! Wykładać miał inny polonista, też bez stażu. Roześmiałam się i wyszłam z urzędu. Za karę skreślili mnie z listy bezrobotnych.
Teraz to ja uczę pisania CV i listów motywacyjnych - jako nauczycielka w szkole podstawowej. Pracę znalazłam sama, dzięki znajomościom. Gdybym miała liczyć na PUP, to bym do dziś uczyła się na kursach tego, co sama mogę wykładać.
Violetta

Okiem pracodawcy - też beznadziejnie
O tym, że urzędy pracy nie pomagają zdobyć pracy, przekonałam się jako pracodawca. Moja firma poszukuje przedstawiciela handlowego na Dolny Śląsk, Wielkopolskę i Lubelszczyznę. Wysłałam ogłoszenia do Powiatowych Urzędów Pracy. Okazało się, że aby wywiesili je w gablotach musiałabym wysłać dokumenty rejestracyjne firmy i osobiście spotkać się z urzędnikiem. Na dodatek usłyszałam, że w przypadku prośby do kilku urzędów, informacja o dostępnym miejscu pracy może zostać wywieszona tylko w jednym w danym regionie. Szok! Jeśli przepisy są rzeczywiście takie (bo może to była tylko interpretacja niekompetentnej urzędniczki), to wręcz utrudniają one znalezienie pracy.
Sylwia

Jak się chce, to się pracuje
Mam 22 lata, studiuję zaocznie na trzecim roku i mam pracę. Zaraz po maturze zaczęłam pracować w kasie w markecie, byle tylko zarobić pieniądze. Potem trafiła mi się praca z dziećmi przy komputerach. Płacili niewiele, bo nie miałam doświadczenia, ale poszłam. Przez dwa miesiące wiele się nauczyłam. Wyjechałam na studia do Poznania i od razu znalazłam pracę w biurze, gdzie pracowałam ponad rok. Na własne życzenie przez kilka miesięcy byłam bezrobotna, pobierałam 500 zł zasiłku. Po kilku miesiącach stwierdziłam, że dość laby, szukam pracy. Poszłam na łatwiznę, też sklejałam pudełka, ale cały czas szukałam pracy w biurze. Znalazłam ją po miesiącu - właśnie dlatego, że miałam już doświadczenie na podobnym stanowisku.
Czyli - można. Wkurza mnie gadanie ludzi, którzy pięć lat "na serio studiowali", byli na garnuszku rodziców, ewentualnie dorabiali sobie na ciuchy, a po dyplomie mają pretensje do świata, że nikt ich nie chce przyjąć, bo gdzie oni mieli zdobyć doświadczenie. Wszyscy widzą, jaka jest sytuacja w Polsce, narzekaniem tego nie zmienimy. Trzeba było zatroszczyć się o przyszłość wcześniej. Studiuję prawo (5 tys. zł za rok), mam średnią 4.3, więc nie pracuję kosztem studiów. Wszystko da się pogodzić, jeśli się chce.
KS

Mam 36 lat. Według urzędu jestem za stara na pracę!
Nie tylko młodzi są traktowani lekceważąco w PUP-ach. Po 11 latach pracy musiałam odwiedzić tę instytucję. Najgorsze było usłyszeć od urzędniczki, że nie ma dla mnie pracy, bo jestem za stara (36 lat!) i mam za wysokie kwalifikacje! Na co mi dwa fakultety? Po takich tekstach przez godzinę płakałam w domu w poduszkę.
Zastanawiałam się, po co są organizowane szkolenia dla bezrobotnych, skoro i tak mało kto znajduje po nich pracę? Teraz już wiem: po to, by firmy organizujące te kursy mogły zarabiać na naszym nieszczęściu.
Koko