Za oceanem grają częściej niż w Polsce

Artur Tylmanowski
14.03.2011 21:00
L.Stadt, mat. prasowe

L.Stadt, mat. prasowe (L.Stadt, mat. prasowe)

Kariera L.Stadt potwierdza to co się mówi o SXSW, zagrali w Austin w zeszłym roku i zaczęło być o nich głośno, choć w rodzimej Polsce z lekkim opóźnieniem
Z Łukaszem Lachem, wokalistą i gitarzystą zespołu L.Stadt rozmawia Artur Tylmanowski

Nazywacie się L.Stadt czyli Litzmannstadt, co jest skrótem od dawnej nazwy, którą podczas okupacji miastu Łódź nadał Adolf Hitler... nie budzi to kontrowersji?

- Nasza muzyka i teksty nie niosą żadnych treści neofaszystowskich. Nazwa to wynik naszego zdrowego, lokalnego patriotyzmu - miłości pomieszanej z nienawiścią. Na początku była bez skrótu, potem faktycznie okazało się, że jest zbyt kontrowersyjna, żeby pojawić się na plakacie koncertu w Łodzi. Skróciliśmy więc ją do L.Stadt, ale bez wielkich wyrzeczeń. To po prostu też brzmi lepiej. Dużo podróżujemy i w każdym państwie są inne porównania np. do Love Stadt. To nam pasuje, bo my jesteśmy promiłośni i propokojowi. Nazwa jest krótsza, dosadna i pozostawia wielość interpretacji. 

Właśnie jesteście w trasie po Stanach Zjednoczonych, ale to nie pierwszy raz, jak trafiliście na prestiżowy SXSW Festival w Austin? 

- Wypełniliśmy formularz na specjalnej stronie i oni nas chcieli. To jest bardzo duży festiwal. Każdego roku pojawia się tam od 800-1000, a nawet więcej zespołów. Ale to nie jest impreza w stylu Open'era, tylko showcase. Jest stworzony z myślą o zespołach, które dopiero zaczynają i chcą się pokazać. Jeśli już grają tam znane grupy jak Klaxons czy Motorhead, to tylko na zamkniętych imprezach. Reszta tak jak np. L. Stadt musi się w ciągu 20 minut koncertu sama się wypromować i udowodnić, że warto było przyjść akurat na ten koncert. Nam się bardzo udało rok temu. W ciągu trzech tygodni zagraliśmy 13 koncertów w Dallas, Teksasie, wokół Austin. Potem jeszcze zagraliśmy w Toronto i Los Angeles dodatkowych 10 koncertów. Aktualnie jesteśmy w trasie i do 28 marca tego roku w USA i Kanadzie zagramy aż 10 koncertów. 

Na ostatniej płycie "EL.P" śpiewacie tylko po angielsku. Nie chcecie po polsku, bo myślicie już tylko o podbijaniu zagranicznych rynków? 

- Już nawet w Polsce, pomijając internet, dzięki takim imprezom jak OFF Festival czy Open'er, jednym językiem międzynarodowym muzyki jest angielski. I L.Stadt stara się wpisać w ten nurt. Zostaliśmy też wychowani na Rolling Stones'ach, Beatlesach, bluesie. Kochamy country i nieobca nam jest scena surf-rockowa. Ta muzyka to żniwo tego, co było zasiane 40, 50, 60 lat temu przez muzyków amerykańskich czy brytyjskich. Język angielski jest więc naturalnym językiem tego gatunku. On jest najbardziej stylowy. 

Ale wasz najpiękniejszy kawałek "Londyn" jest po polsku. 

- Znany z radia, bo krajowe radiostacje głównie promują polskie kawałki. To wyjątek, bo nawet nasze korzenie są nawet zagraniczne. L.Stadt poznał się i zaczął razem grać w Strasburgu w mieście leżącym na granicy niemiecko-francuskiej. My sami pochodzimy z miasta czterech kultur. Nie mamy wyjścia, jesteśmy stworzeni do grania ponad językowymi granicami (śmiech).

Nie poznaliście się z Łodzi? Skąd ten Strasburg? 

- Czterech muzyków z Łodzi spotkało się na obcym gruncie, dzięki projektom z Unii Europejskiej. W Niemczech się uformowaliśmy i tu odnosiliśmy nasze pierwsze sukcesy. Były to koncerty w Monachium, Stuttgarcie. Co ciekawe, byliśmy wtedy zespołem bez płyty. Pojawiliśmy się na dość dużym i uczęszczanym francuskim festiwalu w Prowansji. Z tego powstało nawet DVD. Złapaliśmy bakcyla i uwierzyliśmy, że jesteśmy w stanie być rozpoznawalni za granicą. Udało się.