Nikt cię tak nie wtopi jak rodak

Anita Karwowska
16.06.2011 20:59
Pierwsza praca: pięć tygodni bez wypłaty, na obiad wrzątek i kostki rosołowe z Polski. Druga: miesiąc przy taśmie w śmierdzącej masarni za 350 euro. - Holendrom nie mam nic do zarzucenia. Zawsze oszukiwali nas polscy pośrednicy - opowiada Magda, która od czterech lat pracuje w Holandii
Holandia staje się emigracyjnym hitem - pracuje tam już 170 tys. Polaków, do końca roku może być nawet 200 tys. Wybieramy Holandię, bo pracodawcy nie wymagają znajomości języka niderlandzkiego i płacą zachodnie stawki: ponad 1200 euro miesięcznie za pracę fizyczną. Eldorado nie zakłóciły na razie dyskryminujące zapowiedzi ministra spraw socjalnych Henka Kampa: że bezrobotni emigranci będą po trzech miesiącach deportowani i że zasiłek socjalny ma przysługiwać jedynie osobom mówiącym po holendersku.

- Ale zmorą są nielegalne agencje pośrednictwa pracy - opowiada Magda Skórcnicka, 27-latka z Sosnowca. Od czterech lat pracuje z mężem w Holandii, swoje doświadczenia opisała w książce "Emigrantka.nl" (wyd. Psychologia Sukcesu). Holendrzy szacują, że niemal połowa z 12 tys. działających u nich agencji pracy tymczasowej jest niezarejestrowana i oszukuje pracowników, płacąc im za mało lub wcale. Magda opowiada nam, jak to jest gdy pada się ofiarą nieuczciwych pośredników.

Lekcja żebrania o wypłatę

Tu nie zaczyna się jak w Anglii, pytając o pracę od drzwi do drzwi, od knajpy do knajpy. Rynek opanowały agencje pracy i to przez nie trzeba wszystko załatwiać, jeszcze w kraju. Po trzech latach harówki na zlecenie jako akwizytorka w Gliwicach, trafiłam na ofertę takiego pośrednika. To była polska firma, która zatrudniała do pracy w holenderskich magazynach. Wyjechałam z narzeczonym. Obiecano nam hotel (opłata według niejasnych stawek potrącana z pensji ) i pieniądze wypłacane co tydzień (250 euro).

Autokarem przywieźli nas do Bredy, tuż przy granicy z Belgią. W biurze firmy dostaliśmy do umowy do podpisania. Stamtąd trafiliśmy do hotelu w Heteren. Sami Polacy. W magazynie pakowaliśmy produkty chemiczne zamówione przez sklepy. Ale pieniędzy nie dostaliśmy przez miesiąc. Przedstawiciele agencji (według umowy to agencja wypłaca pensje) grali na czas - że niby przelewy już poszły. Żyliśmy za pieniądze przywiezione z kraju, w międzyczasie dwukrotnie wymusiłam od pracodawcy po 150 euro. Nie mieliśmy na jedzenie, zostały nam tylko kostki rosołowe zalewane wrzątkiem. Ale wstyd było wracać do Polski.

Rzucanie mięsem

Kolejnego polskiego pośrednika polecili nam znajomi Polacy. Zadzwoniliśmy. Tym razem warunki zamieszkania tragiczne, hotel, a w nim pusty pokój z dwoma materacami na podłodze. Obiecana stawka 2,4 tys. zł miesięcznie.

Pracowaliśmy w masarni. Od wejścia czuć było smród starego mięsa. Ludzie stali ściśnięci przy taśmach i obcinali chrząstki z boczku. Kawał mięsa ważył ze 12 kilo, każdy codziennie musiał oczyścić 54 tys. porcji. Tempo mordercze, wyjście do toalety wyłącznie za pozwoleniem. Po tygodniu straciłam czucie w ręce, nie mogłam utrzymać kubka. W nocy robiłam okłady, w dzień zaciskałam zęby i pracowałam. Wytrzymałam do końca miesiąca. Wypłata znów była niższa niż w umowie, tylko 350 euro. Polak, który nas zatrudniał, kpiąco wyjaśnił, że to standardowe holenderskie stawki. Odeszliśmy.

Holendrzy uczą się po polsku

W hotelu poznaliśmy Polaków pracujących w magazynie wielkiej sieci handlowej w Scherpenzeel. Nie narzekali. Skierowali nas do międzynarodowej agencji, która zatrudnia dla tej firmy. Przyjęto nas. Zarabiam 1,2 tys. euro miesięcznie, mam umowę. Z mężem i z ojcem wynajmujemy domek, dojeżdżamy 27 km do pracy samochodem, na który zarobiliśmy w Holandii. Dajemy sobie jeszcze siedem lat za granicą.

Nie nauczyłam się niderlandzkiego, bo niespecjalnie był mi potrzebny. Ale angielskiego tak. Używałam go do porozumiewania sie z Holendrami i innymi pracownikami.

Na Holendrów nie mogę narzekać, oszukali mnie tylko rodacy. Niechęci wobec nas nie odczułam. To mnie na rozmowie o pracę pytali, czy nie mam uprzedzeń wobec innych nacji. Pytają, bo nie wszyscy emigranci akceptują pracę z Turkami i Marokańczykami, a ich jest tu jeszcze więcej niż nas.

Jak nie dać się oszukać nieuczciwej agencji

- Zanim podpiszesz umowę z pośrednikiem zażądaj od agencji pokazania dokumentu potwierdzający wpis do rejestru agencji zatrudnienia na prowadzenie pośrednictwa pracy.
- Agencja zanim wyśle pracownika za granicę może zażądać od niego jedynie opłat za: transport, wizę, badania lekarskie, tłumaczenie dokumentów. Wszystkie opłaty muszą być wymienione w umowie cywilnoprawnej, którą podpisuje z pracownikiem. Inne opłaty, np. za samo znalezienie pracy, są nielegalne, nie zgadzaj się na nie.
- W umowie za agencją muszą być określone: nazwa zagranicznego pracodawcy, okres zatrudnienia, warunki w pracy, wysokość płacy, warunki ubezpieczenia, obowiązki i uprawnienia pracownika, kwota należna agencji, zakres odpowiedzialności cywilnej w przypadku niewywiązania się pracodawcy z warunków umowy.
- Jeśli choć jeden z tych punktów nie jest spełniony, poszukaj innej agencji.
Na podstawie poradnika WUP w Katowicach.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl