Lekkoatletyka. Tyczka pęka, Ania nie

Łukasz Jachimiak
06.07.2011 20:00
Anna Rogowska

Anna Rogowska (Fot. FREDRIK SANDBERG AP)

Pęknięta tyczka i rozcięta dłoń - tak skończył się dla Anny Rogowskiej konkurs Tyczka na Molo. - Zdarzenie z Sopotu nie przekreśli mojej kariery. To tylko mnie wzmocni - obiecuje nasza mistrzyni.
Z Anną Rogowską, mistrzynią świata w skoku o tyczce, rozmawia Łukasz Jachimiak

Tydzień temu miała pani groźny wypadek podczas konkursu Tyczka na Molo. Jak się pani czuje po tym strasznie wyglądającym pęknięciu tyczki?

- Nie ukrywam, że bywało lepiej. Jeżdżę z zabiegu na zabieg, żeby usprawnić rękę. W sobotę zostaną zdjęte szwy i będzie można powiedzieć, w jakim stanie jest dłoń. Na razie nie mogę nią swobodnie ruszać, bo jest mocno stłuczona. Ale tak naprawdę w tym całym zamieszaniu miałam dużo szczęścia. Kości nie zostały ruszone, nie było żadnych pęknięć. A przecież tyczka uderzyła mnie z ogromną siłą.

Dużo szwów pani założono?

- Mam rozciętą całą wewnętrzną stronę dłoni. Szwów jest osiem.

Koncentruje się pani na wyleczeniu ręki, ale podobno też dużo czasu poświęca na treningi mentalne?

- Z psychologiem pracuję nie od dziś. Oczywiście teraz poświęcam na to więcej czasu, bo w trudnych chwilach taka osoba jest bardzo potrzebna. Dla mnie to był tak trudny moment, że najchętniej bym do tej sytuacji nie wracała. Ale wiem, że muszę i że przez najbliższe miesiące najtrudniejsze będą dla mnie pytania dziennikarzy (śmiech).

Ale skoro jest pani gotowa się z tym mierzyć, to proszę powiedzieć, czy to pierwszy wypadek tego typu w pani karierze?

- To druga tyczka, która pękła mi przez 13 lat skakania. To jest naprawdę niewiele, bo na świecie w ciągu roku tych tyczek pęka sporo. Takie wypadki najczęściej mają miejsce na treningach, a tam nie ma kamer i publiczności, więc wszystko odbywa się w ciszy. A w Sopocie to szło na żywo. Podobnie jak na halowym mityngu w Doniecku, gdzie identyczny wypadek jak ja miał Czech Michal Balner. Tylko u niego uszkodzenia dłoni były większe. Mogę więc jeszcze raz powtórzyć, że miałam szczęście. Choć mogło się też skończyć tylko na kilku siniakach.

Skąd te pęknięcia? To wina producentów sprzętu?

- Nie ma tyczek, które na pewno nie pękną. Na uszkodzenia mechaniczne, do których dochodzi w trakcie używania tyczek, producent nie ma wpływu. Tyczka jest lekka, delikatna. Ja w Sopocie skakałam na komplecie, którego używam od półtora roku. Przez cały ten czas naprawdę o nie dbałam, uważałam, żeby nie powstały na nich żadne rysy, bo wiedziałam, że od tego zależy moje bezpieczeństwo. Chuchałam na nie, ale widać i to nie pomogło. Niestety, na tyczkę wystarczy nawet nadepnąć, a już powstanie w niej jakieś mikrouszkodzenie, które jest niewidoczne dla oka, ale narusza strukturę tyczki i ona później nie wytrzymuje przy pełnym obciążeniu. Takie drobne uszkodzenie może powstać nawet, kiedy tyczka uderzy w stojak. A takich sytuacji nie da się uniknąć.

Wróćmy do tego pierwszego pęknięcia, które się pani przytrafiło. Wtedy też doznała pani kontuzji?

- Wtedy to był skok treningowy, z krótkiego rozbiegu, a tyczka była dużo bardziej miękka, dlatego pękła z mniejszą siłą. Tylko lekko się poobijałam i pięć minut później znów stałam na rozbiegu. W tej chwili poza rozciętą skórą dłoni mam jeszcze wybitny kciuk i chociaż bym chciała, nie mogę skakać.

Wtedy wróciła pani w pięć minut, więc chyba i teraz się pani przełamie?

- Wiem, że przełamanie psychiczne jest bardzo ważne i nie boję się, że zdarzenie z Sopotu przekreśli moją dalszą karierę. Nadal kocham skakanie, dlatego to, co się stało, tylko mnie psychicznie wzmocni, a nie przyblokuje.

Prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Jerzy Skucha twierdzi nawet, że skakać zacznie pani już za miesiąc.

- Niech prezes porozmawia z moją dłonią i powie jej, żeby się szybko goiła (śmiech). Wszystko zależy od ręki. Jak tylko ona pozwoli mi wrócić, to wrócę.

Przed rokiem, podczas mistrzostw Europy w Barcelonie, zamiast walczyć o medale, pani i Monika Pyrek wymieniałyście SMS-y, siedząc przed telewizorami. Do mistrzostw świata, które na przełomie sierpnia i września odbędą się w Korei Południowej, coraz bliżej...

- Mistrzostwa pozostają dla mnie główną imprezą sezonu i nadal marzę, by wtedy stanąć na podium. Ale zdarzenie z Sopotu ma niestety ogromny wpływ na to, co się teraz dzieje z moim treningiem. Tak naprawdę musieliśmy zmodyfikować cały plan i na razie walczyć tylko o to, żebym wróciła zdrowa na skocznię. Dziś nie jesteśmy w stanie nad wszystkim zapanować, nie mamy pełnej kontroli nad przygotowaniami.

Interesuje się pani chociaż trochę skokami narciarskimi?

- Tak, śledziłam najważniejsze zawody w ostatnich latach i rozumiem, że mamy nawiązanie do upadków? (śmiech)

Do Simona Ammanna. Pamięta pani, że przed igrzyskami olimpijskimi w 2002 roku miał poważny wypadek w Willingen, a później w Salt Lake City zdobył dwa złote medale?

- Nikt się nie spodziewał, że on będzie w stanie zagrozić najlepszym. Na tym przykładzie widać, jak ważna u sportowców jest siła umysłu.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl



Lekkoatletyka. Jak Rogowska wyleczy dłoń, musi wyczyścić głowę »