Chętnie przerobię auto na prąd

Michał Stangret
12.07.2011 23:00
Pierwsze rodzime warsztaty samochodowe oferują przerabianie benzyniaków i diesli na elektryki. Za 15 tys. zł można odmienić nawet wysłużoną skodę. A rzesza internautów w całej Polsce jest gotowa udostępnić domowe gniazdko do podładowania pojazdu
Jesteś zapalonym ekologiem, nie chcesz rezygnować z czterech kółek, ale ceny nowych aut elektrycznych przyprawiają o zawrót głowy (np. malutkie mitsubishi i-MiEV kosztuje 160 tys. zł)?

Biznes wyczuli nosem przedsiębiorcy: już są pierwsze zakłady samochodowe, które przerobią twoją spalinową skodę lub tico na elektryka. - Mam tyle telefonów od zainteresowanych, że zlecenia przyjmuję już tylko mailowo, bo bym słuchawki nie odkładał - opowiada Zbigniew Kopeć z Gdańska, który w ciągu półtora roku działalności przerobił już auta ponad setce rodaków.

- To głównie hobbyści, którzy chcą poeksperymentować. Wachlarz aut, którymi przyjeżdżają, jest szeroki: od fiata seicento, do audi A4. Ale coraz więcej chce przerabiać nawet nowe wypasione SUV-y - mówi. Koszt? Wszystko zależy od wagi auta i jak długi ma mieć zasięg na jednym ładowaniu. - Za 15 tys. zł przerobię auto wielkości tico, które będzie miało takie osiągi (przyspieszenie, prędkość maksymalna) jak przedtem i na jednym ładowaniu przejedzie 50 km. Ale za 100 tys. przerobiłem toyotę corollę, która przejedzie 700 km bez ładowania - mówi. Wszystko zależy od rodzaju użytych akumulatorów, które razem z elektrycznym silnikiem i systemem do ładowania sprowadza - tak jak konkurencja - z Chin.

Ale czy to się w ogóle opłaca? - To że auta elektryczne muszą zżerać dużo prądu, to mit. Koszt przejechania 100 km autem spalającym 6 litrów benzyny to ponad 30 zł. Po przeróbce koszt prądu, który zużyjemy na 100-kilometrowej trasie, to 6 zł, a jeżeli - jak robi większość kierowców - będziemy ładować auto w nocy (taryfa nocna jest tańsza), robi się już ok. 3 zł, czyli ponad 10 razy taniej!

- Wystarczy domowa wtyczka i zwykłe gniazdko, ładowanie trwa ok. 10 godzin - mówi Rafał Ramotowski z wrocławskiej firmy 3XE, do której w sprawie przeróbek dzwoniło już tak dużo Polaków, że postanowili ograniczyć się tylko do dużych zleceń.

- Właśnie kończymy przeróbki 180 służbowych volkswagenów caddy, którymi będą śmigać samorządowcy austriackiej Karyntii. W kolejce czekają korporacje taksówkowe i wypożyczalnie aut ze Szwecji i Norwegii. Decydują się, bo to obniżka kosztów, a żywotność silnika elektrycznego i akumulatorów to ok. 400 tys. km. I na tym nie koniec. Po drobnych naprawach (kilkaset złotych) można jeździć kolejne 400 tys. Silnik elektryczny spokojnie przeżyje inne części auta - tłumaczy.

Na masową przeróbkę aut służbowych nie zdecydowała się u nich jeszcze ani jedna firma polska. - Główną przeszkodą jest brak infrastruktury do ładowania aut. Na Zachodzie punkty doładowań są niemal na każdym rogu, a u nas jest to w powijakach - mówi.

Ale i to się zmienia. Mitsubishi Polska już w maju zainstalowała pierwszych 12 punktów doładowań w stołecznych centrach handlowych. A do 2013 roku w 14 największych miastach powstanie ich w sumie 300. Rodacy znaleźli sposób na kulejącą infrastrukturę. Miłośnicy elektrycznych aut ogłaszają się w sieci, że za 2-3 zł udostępnią swoje domowe gniazdko każdemu, kto będzie tego potrzebował. Na przykład na serwisie ecomoto.info już działa polska mapa elektrycznych stacji z kilkudziesięcioma punktami doładowań.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl



Zobacz także
  • Podziel się