Czy śmieciowe jedzenie wreszcie zniknie z polskich szkół? Jest na to pomysł!

Zdjęcie numer 2 w galerii - Czy śmieciowe jedzenie wreszcie zniknie z polskich szkół? Jest na to pomysł!

zdjęcia Monika Bereżecka, Monika Redzisz/Zorka Project stylizacja Katarzyna Łaszcz

Lucyna Barańska, 52 lata, sprzedawczyni warzyw w supermarkecie. Marzy o tym, żeby być przedszkolanką. Stoję sobie przy wadze, dokładam warzywka, owoce. Z pracy tej jestem bardzo zadowolona. Często pracuję na drugą zmianę i przygotowuję towar na następny dzień. Trzeba przebrać wszystko do dna, każde warzywko, zobaczyć, czy się nadaje. Szefowa wie, że jak ja to zrobię, to będzie wszystko elegancko i że to klienta zadowoli. Mieszkam w Warszawie z córką, zięciem i wnuczkiem, wynajmujemy mieszkanie trochę większe, żebym swój pokoik miała. Pochodzę z Kutna, małe miasto, ale miłe. Mnie serce zawsze podpowiadało, że mogłabym z chorymi pracować, a jak z chorymi dziećmi, to już bym chyba ze szpitala nie wychodziła. Chciałam iść do szkoły pielęgniarskiej, ale rodziców nie było stać. Skończyłam przetwórstwo owocowo-warzywne w Łowiczu, ale zarobki małe, a stancje drogie, więc po szkole zjechałam do Kutna i poszłam do pracy w odlewni jako suwnicowa. 17 lat tak przepracowałam. Tam poznałam męża. Mieszkanko mieliśmy zakładowe, tylko przez drogę przebiegałam i byłam w pracy. Dobre to były czasy. Urodziłam jedną córkę, za dwa lata drugą, po macierzyńskim wracałam do pracy. A potem odlewnia padła. Mąż ma depresję do dziś, bo on jest skryty, zamknięty, a ja jestem kobietą, która się wygada, wypłacze, a takim ludziom lepiej. Mąż jest inny niż ja, stateczny, w Kutnie został, nie pracuje. Ja nawet jak chwilę na kuroniówce byłam, to nigdy nie siedziałam domu. Pracowałam w motelu jako pomoc w kuchni, w szwalni jako prasowaczka, w cukierni po dwieście jaj do ciasta wbijałam, aż żółto mi było przed oczami, rabarbar na keks przygotowywałam, marchewkę kroiłam. Potem w zakładach drobiarskich gęsi skubałam ręcznie, a potem na garmażu jako pakowaczka pracowałam przez osiem lat. Kiedy umowa mi się skończyła, pomyślałam: co będę w domu siedzieć, przecież nie pójdę do urzędu po jałmużnę. I pojechałam do Włoch na trzy miesiące w hotelu czterogwiazdkowym jako pokojówka pracować, trzy lata tak jeździłam. Zrezygnowałam, bo zarobki słabły. O nie, powiedziałam, niech Rumunki tak pracują, ja nie będę. Pracowałam też w hospicjum, z chorymi na raka. Zrobiłam kurs, na 40 osób tylko pięć przeszło. Co trzy miesiące krew oddaję, bo jestem jeszcze kwitnąca, serduszko super, nie wiem, co to ból głowy, kaszel czy katar. Marzę o pracy w przedszkolu, bo bardzo kocham dzieci! Wszystkie dzieci świata kocham, naprawdę, czy to czarne, czy białe, żółte, czy zielone. W Kutnie to było nieosiągalne, pytałam nie raz, nie dwa, a teraz to trzeba mieć studia. Ale kolega mi opowiadał, że w jednym przedszkolu cztery przedszkolanki w czerwcu rodzą, więc może jako pomoc przedszkolna bym tam poszła i moje marzenie by się spełniło. Ale, wie pani, ja to chyba w każdej pracy bym się odnalazła.
  • Zdjęcie numer 1 w galerii Czy śmieciowe jedzenie wreszcie zniknie z polskich szkół? Jest na to pomysł!
  • Zdjęcie numer 2 w galerii Czy śmieciowe jedzenie wreszcie zniknie z polskich szkół? Jest na to pomysł!
  • Zdjęcie numer 3 w galerii Czy śmieciowe jedzenie wreszcie zniknie z polskich szkół? Jest na to pomysł!
  • Zdjęcie numer 4 w galerii Czy śmieciowe jedzenie wreszcie zniknie z polskich szkół? Jest na to pomysł!