Jacek Rostowski udziela młodym rad na trudne czasy

Mariusz Jałoszewski
04.09.2011
Minister Finansów Jacek Rostowski

Minister Finansów Jacek Rostowski (Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)

Czy teraz warto brać mieszkanie na kredyt? Albo kupować nowy telewizor? Czy lepiej odkładać na czarną godzinę? Czy emigranci mają po co wracać do domu? Pytamy o to ministra finansów

Mariusz Jałoszewski: Przez ostatni rok polska gospodarka urosła aż o 4,5 proc. Ale zewsząd dochodzą złe wieści o drugiej fali kryzysu. Większość Polaków zastanawia się, co będzie za kilka miesięcy, jak żyć w tak niepewnych czasach.

Minister finansów Jan Vincent-Rostowski: Nie ma drugiej fali kryzysu. Jest tylko sugestia, że coś złego nadchodzi. Jeżeli do kryzysu dojdzie, to spowodują go błędy państw i instytucji europejskich.

Mariusz Jałoszewski: Co nam grozi?

Jan Vincent-Rostowski: - Dwie rzeczy. Pierwsza, to dość powszechne przewidywane przez ekonomistów spowolnienie światowej gospodarki. Nie wiemy, jak głębokie ono będzie, choć nikt nie oczekuje recesji, takiej jak w latach 2008-09 w USA i Europie. Drugie zagrożenie wynika z silnych wstrząsów w strefie euro. Ich skutki mogą być dla nas poważniejsze. Ze strony krajów silniejszych potrzebujemy oznak solidarności. A ze strony tych, którzy mają kłopoty - odpowiedzialności.

Jak Polacy, zwłaszcza młodzi powinni się przygotować na spowolnienie gospodarcze? W powszechnym odczuciu pieniędzy w portfelu jest coraz mniej. Rosną ceny żywności, biletów na komunikację, czynsze, raty za mieszkanie itp. Trudno utrzymać dotychczasowy poziom życia.

- W trudnych czasach powinniśmy robić to samo co w dobrych. Po pierwsze inwestować w siebie, w nasze wykształcenie i próbować znaleźć pracę, w której najlepiej się czujemy. Będziemy w niej najbardziej skuteczni, więc prawdopodobnie będziemy w niej także lepiej zarabiali.

Nie wolno wpadać w panikę, np. przewalutowywać kredytu, gdy kurs franka jest szalenie wysoki.

Spowolnienie gospodarki może oznaczać wolniejszy wzrost pensji. Ale z drugiej strony będzie niższa inflacji i niektóre ceny spadną. To już widać po cenie benzyny, która na stacjach Orlenu już jest poniżej 5 zł za litr. Cukier kosztował ponad 5 zł, opozycja straszyła, że zaraz będzie powyżej 6, a teraz jest w okolicy 4 zł. Cukrem prawdopodobnie spekulowano.

Teraz drożeje co innego, np. masło jest po 5 zł.

- Bynajmniej nie uważam, że wszystko jest idealnie.

Czy z powodu spowolnienia wzrośnie bezrobocie?

- Jestem optymistą. Mało się o tym mówi, ale Polska jest fenomenem na skalę europejską, jeśli chodzi o tworzenie nowych miejsc pracy. Prawie połowa stworzonych w Europie dodatkowych miejsc pracy w czasie kryzysu powstała w Polsce. Owszem stopa bezrobocia [teraz 11,7 proc. - red.] jest ważna, ale ważniejsze jest zatrudnienie, które wzrosło o 720 tys. osób w ostatnich trzech najtrudniejszych latach. Dziś bezrobocie jest nieco niższe niż w 2007 r., w czasie największej hossy.

Nie wszyscy jednak cieszą się z miejsc pracy słabo płatnych, z niestabilnymi warunkami umowy. Nawet rządowy raport "Młodzi 2011" potwierdza, że pracujący na tzw. umowach śmieciowych młodzi Polacy nie mogą się usamodzielnić, bo nikt nie da im kredytu na mieszkanie.

- Bezrobocie to najgorsza rzecz ze wszystkich. Tam, gdzie są największe restrykcje dotyczące form pracy, gdzie nie ma umów tymczasowych, mamy najwyższe bezrobocie wśród młodych, np. we Francji i Hiszpanii.

U nas też absolwenci trafiają na bezrobocie.

- W I kwartale tego roku 21,5 proc. absolwentów nie miało pracy. To bardzo dużo, ale mniej niż w 2007 r. i dużo mniej niż we Francji czy Hiszpanii. W Hiszpanii bezrobotnych absolwentów jest ponad 40 proc. Najgorsza dla młodej osoby jest niemożność znalezienia pierwszej pracy.

Czy teraz warto brać mieszkanie na kredyt? Albo kupować nowy telewizor? Czy lepiej odkładać na czarną godzinę?

- Teraz mamy duży stopień niepewności o przyszłość. Gdyby nie zewnętrzne zagrożenia, to w Polsce moglibyśmy być wielkimi optymistami. Komentatorzy chcą zwracać na siebie uwagę i często dla tego mówią skrajne rzeczy. Nie sugerujmy się zbytnio negatywnymi sygnałami, bo są często wypaczone przez pesymistów.

Czy w czasach spowolnienia powinniśmy zwiększyć pomoc najuboższym, którzy najbardziej odczuwają podwyżki cen? Zasiłki rodzinne od lat się nie zmieniają, w 2009 r. państwo na pomoc najuboższym wydało 7,2 mld zł, czyli o pół miliarda mniej niż w 2005 r. To wyliczenia Centrum Analiz Ekonomicznych.

- Gdybyśmy słuchali rad PiS z ostatnich trzech lat, który chciał m.in. działań osłonowych dla najbiedniejszych; to dziś statystyczna 4-osobowa polska rodzina byłaby zadłużona o dodatkowe 11,790 zł. Mielibyśmy dużo wyższy dług publiczny, który przekroczyłby już 60 proc. PKB. Już w tym roku nieuniknione byłyby drastyczne cięcia socjalne i konieczność podwyższenia podatków.

Zasiłki rodzinne są waloryzowane, zamrożony jest tylko próg dochodowy, do którego przysługują. Jak ludzie się bogacą, to wychodzą z tego pułapu. W skrajnym ubóstwie żyje dziś 5,7 proc. Polaków, a w 2005 żyło 12,3 proc. Ale racją jest, że pomoc państwa powinna być skupiona na najbiedniejszych. To będzie przesłanie na przyszłość.

Czy po wyborach znikną ulgi podatkowe, np. na dzieci? Albo becikowe?

- Nie planujemy likwidacji ulg. Jestem też przeciwny likwidacji becikowego. To jest pewna pomoc, gdy rodzi się dziecko. Ale warto się zastanowić, jak lepiej zachęcać do posiadania dzieci. Są różne opinie, kiedy pomoc jest bardziej potrzebna i najbardziej efektywna.

A co z podatkami po wyborach? Na Facebooku trwa akcja wysyłania kartek do premiera. Internauci boją się podwyżek, bo w projekcie budżetu na przyszły rok wyczytali, że wzrosną dochody państwa z dochodów np. z VAT o 7 proc., a z podatku od osób fizycznych o 9,6 proc.

- Nie ma planów podnoszenia podatków. Wzrost dochodów z podatków wynika ze wzrostu gospodarczego.

Więc może będzie obniżka 32 proc. stawki podatku dla najbogatszych, co obiecał pan na Twitterze? Chodzi o 2 proc. podatników, którzy płacą aż 10 mld zł.

- Powiedziałem, że dopiero po kryzysie będziemy mogli obniżyć najwyższą stawkę. To nie są najbogatsze osoby, tylko dobrze usytuowane. Milionerzy w Polsce od wielu lat płacą podatki według 19 proc. stawki, jako przedsiębiorcy. Czyli płacą o wiele mniej niż np. zdolny informatyk, który płaci 32 procent. Najpierw jednak musimy naprawić finanse publiczne.

To przeciwny kierunek niż na Zachodzie. We Francji i USA milionerzy chcą płacić wyższe podatki, aby ratować swoje kraje przed bankructwem. Może nasi milionerzy też powinni być bardziej solidarni?

- Chcę mieć prosty system podatkowy, w którym podatki są jak najniższe, ale płacą je wszyscy. Bogaci mogą czasem unikać ich płacenia. Dlatego zamykamy im drogę do rajów podatkowych, np. na Cyprze, podpisując z tym krajem traktat podatkowy. Tego nie odpuszczę. Lepiej żeby płacili nawet te niższe 19 proc. podatku, ale w Polsce.

Nie oczekuję, że ktoś na ochotnika zgłosi się do płacenia podatków. Jeśli się mylę i ktoś chce dobrowolnie wspomóc budżet państwa w trudnych czasach, to zapraszam.

W wyborach startuje pan do Sejmu z trzeciego miejsca stołecznej listy PO. Pojedzie pan do Wielkiej Brytanii? Co pan powie imigrantom, których cztery lata temu Donald Tusk kusił powrotem do Polski? Niewielu wróciło.

- Wracają. Za rządów PiS wyjechało 820 tys. Polaków. W latach 2008-09, czyli za naszych rządów wróciło 400 tys. Przyrzekaliśmy amnestię podatkową i ją natychmiast wprowadziliśmy. Potem był kryzys i niestety nie mogliśmy tak zająć się Polakami za granicą jak chcieliśmy. W tym roku przeznaczyliśmy dodatkowy milion złotych na wsparcie polskich szkół społecznych. W przyszłym roku będzie to 5 mln. Polacy w Unii to nasz wielki skarb i atut. Będziemy ich wspierać, żeby czuli się tam jak u siebie.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl

  • Podziel się