Kręcili ziemniaki, mają wolne cały rok

Michał Stangret
19.09.2011
Dębki nad Bałtykiem

Dębki nad Bałtykiem (Fot. Dominik Sadowski / AG)

Hity mijającego lata. - To był najgorszy sezon od lat - twierdzą straganiarze z nadmorskich kurortów. Ale mimo fatalnej aury na tandetnych gadżetach po kilka złotych sztuka wielu biznesmenów i tak zarobiło fortunę

Przeczytaj: Największe upokorzenie w pracy za 1 000 zł

- Zwykle z jednego stoiska w ciągu sezonu wyciągało się najmarniej 10 tys. zł, a były lata, że i 20 tys. zł na czysto. A teraz po raz pierwszy od dekady, zamiast zysków mam długi - żali się Jerzy Łoziński, który na dwóch stoiskach - w nadmorskim Dziwnówku i Pobierowie - od początku lat 90. w sezonie wakacyjnym sprzedaje tanią chińszczyznę (od dmuchanych kaczek do zabawy w wodzie, przez kolorowe joja, po koszulki z napisem "Dostałem 2 tygodnie urlopu!").

Gdy do niego dzwoniliśmy w połowie czerwca, tryskał humorem. Teraz ze smutkiem mówi, że będzie składać w gminie wniosek o rozłożenie 8 tys. zł opłaty targowej na raty, której nie ma jak spłacić.

Lampiony ratują od bankructwa

- Wszystko przez pogodę, która zniechęciła turystów do Bałtyku - mówi Łoziński. - A do tego kryzys. Gdy w zeszłym roku dziecko krzyknęło "tato kup mi" to tata się nie ceregielił. A w tym roku mocno trzymał za kieszeń.

Od totalnego bankructwa biznesmena uratowały... chińskie lampiony po 6 zł sztuka.

- Prosty gadżet. Zapala się świeczkę, a ciepłe powietrze powoduje, że lampion leci do nieba. Rodziny chętnie to kupowały puszczały na plaży o zachodzie słońca. To był hit, ale dopiero od połowy sierpnia, kiedy pojawiło się więcej turystów. Szkoda, że tak późno - dodaje nadmorski przedsiębiorca.

Warkoczyki lepsze od żelowych zegarków

Agata Morawska z Sopotu (miała cztery stoiska: w Jastrzębiej Górze, Władysławowie, w Helu i Jastarni) też narzeka na tegoroczne obroty, ale przyznaje, że na połowę nowej Toyoty Yaris zarobiła.

- Utarg mogłam mieć dwa razy większy, ale się zagapiłam. Dopiero na początku sierpnia udało mi się ściągnąć z hurtowni żelowe zegarki [red. Jelly-watch]. W szczycie wakacji sprzedawało się ich setki dziennie - mówi. Kosztowały ok. czterech złotych. Zysk sprzedawcy wynosił nawet 200 proc.! Skąd zegarki w Polsce?

- Podobno w lipcu zbankrutował jakiś grecki gigant, który zamówił w Chinach kilkanaście kontenerów tego towaru, i zegarki trafiły za bezcen do europejskich pośredników, którzy chcieli jak najszybciej sprzedać je dalej - mówi Morawska.

Dodaje, że gdyby miała szansę jeszcze raz przeżyć mijający sezon, zamiast stoiska zatrudniłaby 30 licealistek, które wplatałyby dziewczynkom kolorowe kosmyki sztucznych włosów w warkoczyki i obstawiłaby tą armią zejścia na plaże na całym Półwyspie Helskim.

- Matka mojej znajomej z Helu, emerytka, sama zdecydowała się pleść warkoczyki pod swoją kamienicą na głównym deptaku. Dziennie miała 80 klientek, na więcej sił jej nie starczało. 6 złotych utargu za warkoczyk, minus 20 zł na nitki, to daje 500 zł czystego zysku dziennie! Po co ja się ze straganami szarpałam - denerwuje się pani Morawska.

T-mobile wypromował bańki

Straganowcy nie mają wątpliwości, że wakacyjny hit wykreowała również telewizyjna reklama T-mobile z bańkami mydlanymi. - Dzieciaki oszalały na punkcie baniek. Wszystko, co je robiło, sprzedawaliśmy na pniu - mówi Sebastian Siwek z częstochowskiej firmy Gazelo Toys, która co roku przed wakacyjnym sezonem sprowadza kilka kontenerów plastikowych zabawek z Chin. To jeden z kilku największych polskich importerów wakacyjnej chińszczyzny. Miecze robiące bańki, które kupowali w Chinach np. za kilkanaście groszy, polscy hurtownicy odkupywali od nich za 2,5 zł. Na straganie nad morzem za ten zestaw trzeba było zapłacić 5 zł. W sumie sprowadzili ich dziesiątki tysięcy.

Siwek przyznaje, że sprzedaż byłaby większa, ale bańkowa moda ich trochę zaskoczyła.

- Dopiero w połowie lipca ściągaliśmy towar z Chin - dodaje.

Ziemniaczane przekąski podbijają kurorty

Wakacyjny tłum lubi też coś przegryźć. W tym roku kultowy zestaw - lody świderki i strzelające dropsy - wzbogaciły JazzyChipsy. Przed stoiskami z tymi ciętymi na kształt sprężynki zakręconymi chrupiącymi ziemniakami na patyku ustawiały się kolejki (smaki od pikantnych po słodkie).

- W zeszłe wakacje mieliśmy kilka stoisk, w tym już kilkanaście. Poza tym wiele osób kupiło od nas maszynki do cięcia ziemniaków i sami sprzedawali JazzyChipsy - cieszy się Mateusz Tomczak z Wrocławia, który w Głubczycach ma firmę produkującą maszynki.

Za zestaw (maszynka do smażenia, patyczki) trzeba w tej firmie zapłacić 5 tys. zł. A ziemniaka kosztującego 10-20 gr sprzedać można po 6 zł. Ile na tym zarobili nadmorscy przedsiębiorcy? To tajemnica, ale biznesmeni, którzy kupili maszynki i po kilkanaście godzin dziennie kręcili ziemniaki, oceniają, że mogą odpoczywać do nowego, ziemniaczanego sezonu.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl

  • Podziel się