Nam chodzi o dzieci

Alicja Bobrowicz
12.12.2011 20:30
Karolina i Tomasz Elbanowscy z listami popierającymi obywatelski projekt ustawy w sprawie sześciolatków

Karolina i Tomasz Elbanowscy z listami popierającymi obywatelski projekt ustawy w sprawie sześciolatków (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

- Dyrektorzy szkół i związkowcy nie chcą kolejnego przesunięcia obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Rodzice są zdezorientowani. Żądają ostatecznej decyzji, a przede wszystkim poważnej rozmowy. Przecież chodzi o ich dzieci

Krystyna Szumilas pod koniec listopada ogłosiła: sześciolatek pójdzie obowiązkowo do szkoły dopiero w 2014 roku. Projekt zmian przesłała do ponad 70 organizacji z prośbą o uwagi. Widać, że sojuszników będzie jej trudno znaleźć.

- Tłumaczyliśmy rodzicom, że jesteśmy przygotowani na przyjęcie młodszych dzieci. Ministerstwo mówi teraz, że to nieprawda. Jak rodzice mają nam ufać? - mówi Marek Pleśniar, szef Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. Dyrektorzy szkół nie mają wątpliwości, reformy nie warto zatrzymywać, bo: - 6-latki już są w blisko 90 proc. szkół (w pierwszych klasach i zerówkach), - szkoły wykonały w ciągu ostatnich dwóch lat ogromną pracę, by się do reformy przygotować, - dzieci, których rodzice nie wyślą do szkoły, będą powtarzać program przedszkola, - nie odblokujemy miejsc w przedszkolach dla dzieci młodszych. Jedyne, co trzeba poprawić, to według dyrektorów przygotowanie nauczycieli. Ci z klas I-III potrzebują pilnego wsparcia, by sobie radzić z młodszymi uczniami.

Związkowcy reagują ostrzej. - Takie rozwiązanie może sparaliżować pracę szkół podstawowych - pisze na stronie internetowej Sławomir Broniarz, przewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego. Ostrzega przed tłokiem w szkołach za dwa lata, kiedy w pierwszych klasach spotkają się dwa roczniki wyżu demograficznego. Według niego bałagan spowoduje, że rodzice jeszcze mniej będą ufać szkole.

Rodzice są podzieleni, choć wszyscy oczekują, że ministerstwo w końcu zacznie z nimi poważnie rozmawiać.

- To polityczna decyzja. Gdyby było inaczej, toczylibyśmy właśnie poważną publiczną debatę na temat sześciolatków, a mamy ciszę i kolejne komunikaty ministerstwa. Nikt nie sprawdza sytuacji w szkołach, nie kontroluje, czy sześciolatkom nie dzieje się krzywda - mówi Bogusław Pasierbski z Polskiego Stowarzyszenia Rodziców.

Podobnego zdania jest Monika Ebert, szefowa Stowarzyszenia Rodziców TU, choć akurat ona z ulgą przyjęła deklarację przesunięcia obowiązku szkolnego dla sześciolatków: - Szkoły nie będą przygotowane, dopóki dzieci będzie się sadzać w ławkach i uczyć metodą wykładową. Dlatego te dwa lata przesunięcia reformy to nie najgorszy pomysł. Pod warunkiem, że wykorzysta się ten czas na przygotowanie szkół i nauczycieli i porządne zbadanie tego, jak sytuacja wygląda teraz - mówi.

Zbieranie opinii miało się zakończyć dziś. Ale szyki pokrzyżowali ministerstwu rodzice..., których o zdanie nie poproszono, może dlatego, że chcą zatrzymać całą reformę. Ci skupieni wokół akcji "Ratuj maluchy" (ok. 330 tys. osób) takie zaproszenie musieli sobie wychodzić. A potem jeszcze zawalczyć o przedłużenie terminu o kolejny tydzień. O przesyłanie opinii poprosili na swojej stronie internetowej. I w dwa dni dostali ponad 200 maili. - Mamy zamiar wypunktować ministerstwu wszystkie nasze obawy - zapowiada Tomasz Elbanowski, lider ruchu.

MEN nie ma wrażenia, że kogoś pominęło. Projekt zmian jest dostępny w sieci i każdy może się z nim zapoznać. - Każda osoba, również prywatna, może zgłaszać uwagi do aktów prawnych, będących w konsultacjach społecznych - tłumaczy rzecznik resortu Grzegorz Żurawski. Jego szefowa, minister Krystyna Szumilas, jak zwykle milczy.

Skaczą, biją się, wychodzą z ławki...

Z maili do stowarzyszenia "Ratuj Maluchy"

 

W ubiegłym roku miałam dwoje sześciolatków w pierwszej klasie oraz 25 uczniów, którzy w większości znali już litery i umieli czytać. Sześciolatki były bardzo słabo przygotowane (nie umiały nawet trzymać ołówka w ręce). Znacznie odstawały od grupy, co je dodatkowo frustrowało. Na samym starcie zafundowano im niepowodzenie szkolne.

 

Niby nauka przez zabawę, niby indywidualizacja, a wymagania na sprawdzianach ogromne. To jakaś niekonsekwencja! Jak miało temu sprostać dziecko, które nie umiało czytać, bo myliło jeszcze litery, a musiało samo odczytywać polecenia i czytać trudny tekst ze zrozumieniem? Z bólem serca, ale musiałam pozostawić tę dwójkę w pierwszej klasie, choćby po to, aby te dzieci doświadczyły sukcesów, zamiast ciągłych porażek.

 

Pierwsza klasa to ciągły chaos i codzienny ból głowy. Maluch, który nie potrafi skoncentrować uwagi na zajęciach, absorbujący uwagę nauczyciela na sobie, ciągle chce albo do toalety, albo pić... odmawia udziału w zabawie, bo czuje, że znowu nie ma szans ze starszymi od siebie. Zamiast dwóch lat na opanowanie liter, te dzieci miały rok. Wczoraj miałam zastępstwo w I klasie, w której jest 6 sześciolatków. Myślałam, że jestem w cyrku! Dzieci słyszą, ale nie słuchają, chodzą po klasie, skaczą, biją się, wychodzą z ławki, kłócą się, płaczą, bo nie chcą pisać, rzucają zeszytami, obrażają się i wychodzą, trzaskając drzwiami... I do tego uczniowie, którzy chcą się uczyć, ale nie mają do tego warunków, bo przez ten hałas nie słyszą nawet swoich myśli. To jeszcze gorzej niż było u mnie...

 

Nauczycielka z 23-letnim stażem

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro@agora.pl

Zobacz także
  • Podziel się