30-latkowie na zakręcie. O filmie "Kamper" opowiada reżyser Łukasz Grzegorzek

Piotr Guszkowski
14.07.2016 17:00

"Kamper" reż. Łukasz Grzegorzek (mat. promocyjne)

„Kamper” to pełen popkulturowych odniesień film o małżeństwie 30-latków na zakręcie.

Z reżyserem Łukaszem Grzegorzkiem rozmawia Piotr Guszkowski.

Nakręciłeś debiutancki film na warszawskim Mokotowie. Użyczyłeś bohaterowi prywatną przestrzeń własnego mieszkania, a ile w tym bohaterze z ciebie?

– Sporo. Razem ze scenarzystą Krzysiem Umińskim stworzyliśmy postać Kampera na podstawie kilku osób z naszego otoczenia. Nie brakuje wątków autobiograficznych. Co do mieszkania, to postanowiłem zmierzyć się z tym perwersyjnym zagraniem: żeby osobisty dramat pary bohaterów, w dużej mierze fikcyjny, przeżyć u siebie w domu. Ludzie się kłócą, to normalne w związkach. Jeżeli jednak widzisz, jak aktorzy sprzeczają się w kuchni, w której dwie godziny wcześniej ostro dyskutowałeś z żoną, to jest to dość ciekawe uczucie.

Taki był plan od początku czy to wynik oszczędności w budżecie?

– Sprawdzaliśmy inne lokalizacje, ale czuliśmy, że to nie to. Tym bardziej że mieszkanie miało być trzecim bohaterem filmu. W „Kamperze” jak refren powtarza się ważna dla mnie sekwencja zabawy w chowanego. Czułem, że w naszym mieszkaniu zagra to najlepiej. Zresztą kilka lat temu Roberto Rodriguez opowiadał mi anegdotę, jak zrobił „El Mariachi”. Skoro za 800 dolarów nakręcił 8-minutową etiudę, to ocenił, że na 80-minutowy film potrzeba mu 8 tysięcy. Ale nie miał tyle, więc wziął udział w eksperymencie medycznym – przez miesiąc testowano na nim jakieś leki. Poznał wtedy kilku przyszłych członków obsady. Rodriguez spuentował: „Jeżeli chcesz zrobić film, szukaj sposobu. Jeżeli masz żółwia, niech zagra w twoim filmie. Jeżeli twój kuzyn ma bar, nakręć tam sceny. Wykorzystaj to”. Z tego, co pamiętam, żółw znalazł się na plakacie „El Mariachi”.

A skąd w ogóle pomysł na film?

– Parę lat temu czułem się mocno wypalony. Na zewnątrz wszystko wyglądało OK, w środku się we mnie gotowało. Jak znajdziesz się w dołku psychicznym, nagle pojawia się dookoła mnóstwo doradców. Pomyślałem, że to ciekawe, że wszyscy mówią mi, co mam zrobić, żeby było mi lepiej w życiu. Potem się zorientowałem, że słabych mężczyzn jest znacznie więcej. To znak czasu. I tego się chwyciłem. Mieliśmy odłożone pieniądze z projektów reklamowych, co pozwalało wejść w produkcję nie na desperackich warunkach, tylko z przekonaniem, że damy radę. Od pierwszego zdania w notesie – które jest teraz ostatnią sceną filmu, do wejścia na plan minęło 16 miesięcy. Scenariusz rodził się w bólach aż do ostatniego dnia zdjęć.

Film portretuje pewne pokolenie.

– Wydaje mi się, że żyjemy w czasach względnej stabilizacji. W przeciwieństwie, na przykład, do naszych rodziców. Zaczyna nam ciążyć lekkość życia. Dlatego ten spleen, który widzę w moim otoczeniu, jest tak powszechny. Ślizganie się po rzeczywistości, brak zakotwiczenia to przypadłość naszego pokolenia.

Stąd tytuł? Bo słowo „kamper” będące ksywą bohatera ma przynajmniej dwa znaczenia.

– Mieliśmy taką scenę, ale wypadła w montażu. W trakcie lekcji hiszpańskiego Luna mówi, że kamperami jeżdżą po Europie niemieccy turyści. Drugie znaczenie jest ważniejsze. W środowisku graczy określenie kamper to obelga. Oznacza, że jesteś tchórzem, unikasz konfrontacji z przeciwnikiem na otwartym polu. Nasz bohater nie potrafi się zmierzyć z własnymi potrzebami i lękami oraz kryzysem małżeńskim. Jest to zarazem tragiczne i groteskowe. Zależało nam na zbudowaniu filmu na paradoksach.
To historia momentami okrutna – opowieść o parze na zakręcie, w której pojawia się zdrada. Jednak najlepiej zadziała, mam wrażenie, jeśli potraktuje się go lekko, z humorem. Lubię gry, w których są poukrywane skarby. Tak też skonstruowałem film: puszczamy oko do miłośników braci Cohen, niektórzy znajdą cytaty z Szekspira, odniesienia do gier, seriali itd.

Trudno było debiutantowi zebrać obsadę?

– Mieliśmy dobry tekst, który zainteresował aktorów – to wystarczyło, by przełamać lody. W Marcie Nieradkiewicz byłem zakochany po filmach Tomka Wasilewskiego, Anny Jadowskiej czy Gosi Suwały. Odtwórcy roli Kampera szukaliśmy parę miesięcy. Piotrek Żurawski z jednej strony jest bad boyem, ale ma w sobie pewną wrażliwość i poczucie humoru, co sprawia, że ta postać staje się bardziej wielowymiarowa, bliższa mnie. Pracując z nimi, skupiłem się na budowaniu postaci i relacji. Mieliśmy mnóstwo spotkań o charakterze quasi-terapeutycznym. Wieczorami rozmawialiśmy przy winie o związkach. Wspólnie gotowaliśmy. Marta z Piotrkiem robili razem zakupy, spędzali dużo czasu w domowych warunkach, naprawdę się zżyli. W ten sposób budowaliśmy ich rytuały i wspólny język, co stanowiło potem istotny element relacji pomiędzy postaciami. Pojawiła się energia – coś, czego nie da się uchwycić na papierze w nawet najlepiej napisanym scenariuszu.

Podobno o dojrzałości reżysera świadczy dopiero drugi film – coś przygotowujesz?

– Od lat chodzi za mną temat, jestem chyba gotowy, żeby go zrobić. Od kilku miesięcy trwają intensywne prace nad scenariuszem. Ale odpowiem Kamperem: „Pokażę ci całościowo”. Jeszcze za wcześnie, żeby o tym rozmawiać.
 

Więcej o:
Zobacz także
  • Podziel się