Rodzice nakręcają panikę

Anita Karwowska
04.03.2009 00:00
- Rodzice żyją w lęku o zdrowie swoich dzieci. I mają rację. Gdyby w Warszawie zderzyły się dwa autobusy z dziećmi, poszkodowanych w wypadku nie byłoby gdzie leczyć - mówi dr Piotr Albrecht, pediatra z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w Warszawie

>> Wołała o pomoc. Ludzie udawali, że nie słyszą

Tłumy rodziców z maluchami szturmują przychodnie. Chcą szczegółowych badań, bo boją się sepsy. Ten problem opisaliśmy we wtorkowym "Metrze". Czy rodzice oszaleli?

Nie oszaleli, ale przyznaję, że ulegają zbiorowej panice. Straszeni w mediach sepsą, rotawirusem czy zapaleniem płuc robią się wyczuleni na punkcie zdrowia swoich dzieci. A kiedy próbują dostać się do lekarza, okazuje się, że ich dzieckiem nie ma się kto zająć. Na całą izbę przyjęć jest jeden lekarz dyżurny, pod którego gabinetem czeka pięćdziesięciu pacjentów.

System przestał być wydolny?

Nie dało się tego uniknąć, skoro mamy coraz mniej pediatrów, kolejni przechodzą na emeryturę (średnia wieku specjalistów chorób dzieci to dzisiaj 59 lat), brakuje miejsc w szpitalach dziecięcych, a zdaniem resortu zdrowia główną siłą w opiece zdrowotnej nad dziećmi powinni być lekarze rodzinni. Nie można oczekiwać, że lekarz pierwszego kontaktu będzie takim samym specjalistą od małego dziecka jak od osiemdziesięcioletniego pacjenta. A na zmiany się nie zanosi: na specjalizacjach pediatrycznych jest za mało miejsc, a młodzi lekarze uważają je za nieatrakcyjne.

Może więc nie ma nic dziwnego w tym, że głównym źródłem wiedzy, jak leczyć dziecko, stał się dla rodziców internet?

Nawet jeśli dzięki internetowi rośnie ich poziom wiedzy, to jednocześnie wzrasta poziom lęku. Po lekturze rad zamieszczonych w sieci rodzice podejrzewają najgorsze, chcą od lekarzy działań przerastających ich możliwości. Są nastawieni roszczeniowo, a lekarze - zwłaszcza gdy mają w nocy pod gabinetem kilkudziesięciu pacjentów - ulegają i wypisują skierowania.

Może należałoby opracować nowe standardy opieki zdrowotnej nad dziećmi?

Tworzenie standardów ma sens, jeżeli system jest w stanie się do nich dostosować. Gdy brakuje specjalistów i miejsc w szpitalach dziecięcych - jest to trudne. Lekarze pierwszego kontaktu nie chcą leczyć dzieci, z byle czym odsyłają je do szpitala. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której nie ma na stołecznych oddziałach dziecięcych żadnych rezerw. Gdyby w Warszawie zderzyły się dwa autobusy z dziećmi nie byłoby poszkodowanych w wypadku gdzie leczyć. Tak nie da się pracować.

Co więc mają robić rodzice, żeby nie wpadać w panikę?

Rodzice i lekarze powinni trzymać się kilku zasad. Najlepiej żeby dziecko miało jednego stałego dobrego doktora, który będzie znał dziecko i nie będzie zlecał przypadkowych badań. Lekarze nie powinni ulegać panice, którą sieją rodzice. Tym młodym, którzy trafiają do mnie na specjalizację, powtarzam: przy stawianiu diagnozy lekarz ma obowiązek wziąć pod uwagę i sprawdzić wszystkie - czyli i te najgorsze opcje. Ale jeżeli prawdopodobieństwo tego najgorszego jest niemal równe zeru, nie musi o tym mówić.

Masz temat dla reportera Metra? Napisz do nas: metro(at)agora.pl

Szedł 70 kilometrów by wrócić do domu

Zobacz także
  • Podziel się