Ekologia? Tak, ale u sąsiada

Marcelina Szumer
13.04.2009 00:00
Denerwują się, gdy lasy zasypywane są śmieciami, a ścieki płyną wprost do rzek. I chcą ekologicznych inwestycji ale... nie u siebie. Mieszkańcy podwarszawskiej Choszczówki nie godzą się na rozbudowę oczyszczalni ścieków, a ci ze Szczecina i z Gdańska nie chcą u siebie spalarni

>> Komu służy nowe prawo budowlane

Pod apelem w obronie cennej przyrodniczo doliny Rospudy podpisało się 150 tys. Polaków. Nieźle wypadamy też w sondażach. Z danych Eurobarometru wynika, że ochrona środowiska jest bardzo ważna dla 96 proc. Polaków. Dwie trzecie z nas uważa też, że wszelkie decyzje dotyczące środowiska powinny być podejmowane na szczeblu unijnym i obligatoryjne dla wszystkich krajów wspólnoty. Tyle że nasza miłość do środowiska na deklaracjach się kończy. Zwłaszcza jeśli inwestycje ekologiczne mają powstać niedaleko ich domów.

Wszędzie, tylko nie tu

Najświeższy przykład? Gdańsk. Kilka dni temu do urzędu miasta trafiła petycja przeciwko spalarni, która miałaby powstać w miejscowości Wiślinka. Podpisało się pod nią 3,2 tys. mieszkańców. - Nie chcemy, żeby wszystkie niebezpieczne zakłady znajdowały się u nas - mówi Monika Orzechowska, jedna z protestujących. - W okolicy jest już rafineria, oczyszczalnia ścieków i hałda fosfogipsów. Wystarczy!

Urzędnicy zapewniają co prawda, że ostateczna decyzja co do lokalizacji jeszcze nie zapadła, być może spalarnia powstanie gdzie indziej (w Szadółkach). Tyle że tam też jej nie chcą. Z kolei mieszkańcy podwarszawskiej Choszczówki nie przestają protestować przeciwko rozbudowie oczyszczalni ścieków "Czajka" choć budowa już ruszyła. - Dlaczego chcą stawiać oczyszczalnię i spalarnię osadów [czyli tego, co zostanie po oczyszczeniu wody] właśnie u nas? W środku zielonych terenów? - denerwuje się Krzysztof Pelc, jeden z liderów protestu. - Kto nam zagwarantuje, że w spalarni będą utylizowane tylko pozostałości z oczyszczania, a nie np. śmieci? Kto nam obieca, że nie dojdzie do ekologicznej katastrofy?

Dla sceptyków? Wycieczka!

Przedstawiciele stołecznego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji twierdzą, że do katastrofy doszłoby na pewno, gdyby wszystko zostało po staremu. - Do Wisły trafia dzisiaj 40 proc. nieoczyszczonych ścieków ze stolicy, to dopiero jest ekologiczne zagrożenie - mówi Bartosz Milczarczyk, rzecznik MPWiK. Przekonuje, że inwestycja nie utrudni życia mieszkańcom i zaprasza ich do odwiedzenia Czajki.

- Prace ruszyły z kopyta, uznaliśmy, że czas skończyć z mitami na temat rozbudowy oczyszczalni - mówi Milczarczyk. Powstał punkt informacyjny, do którego przyjść może każdy, kto chce się czegoś dowiedzieć o inwestycji. Specjalny autobus odjeżdża spod ratusza na Białołęce. W centrum informacyjnym będą dyżurowali eksperci, przygotowano filmy i materiały edukacyjne. Na razie punkt jest czynny tylko we wtorki i czwartki (14.30-16.30) ale MPWiK deklaruje, że jeśli będzie trzeba, zmieni godziny pracy.

Inny pomysł na przekonanie mieszkańców do ekoinwestycji miał szczeciński magistrat. Dla przeciwników spalarni miesiąc temu zorganizował wycieczkę szlakiem zachodnich spalarni (w Niemczech, Danii i Szwecji). W niemieckiej Kilonii spalarnie stoją w mieście. I nikt się nie skarży na smród czy uciążliwości związane z przywożeniem do nich śmieci. W maju ma być gotowe studium wykonalności szczecińskiej spalarni. Na razie protesty ucichły.

Tutaj się dogadali

Niektórym udaje się zorganizować prace tak, by uniknąć protestów. Pod Nową Rudą właśnie powstaje nowoczesne składowisko odpadów, inwestor zaproponował także spalarnię. Mieszkańcy się nie buntują. - Odkąd zaczęliśmy planować inwestycję, dużo rozmawialiśmy z mieszkańcami. Były narady, spotkania i kilka możliwych lokalizacji. Wybraliśmy tę najbardziej korzystną - również dla mieszkańców, kilometr od najbliższych zabudowań - mówi Michał Punda z Międzygminnego Związku Celowego odpowiedzialnego za inwestycję.

dr Zbigniew Karaczun z Koalicji Klimatycznej (zrzeszającej najważniejsze polskie fundacje i stowarzyszenia ekologiczne):

Ludzie boją się zmian, sa niedoinformowani albo nie chcą, by "niepopularna" inwestycja obniżyła wartość ich działek czy mieszkań. Nie wiedzą też, komu ufać, bo np. choć np. rozbudowa Czajki planowana była od lat, deweloperzy przekonywali mieszkańców, że inwestycji w okolicy nie będzie. W Polsce dopiero uczymy się kultury wspólnego podejmowania decyzji. Inwestycje powstać muszą, ale wielu konfliktów udałoby się uniknąć gdyby władze - tak jak na Zachodzie - kompensowały ludziom ewentualne straty. Na zasadzie: wiemy, że nie podoba ci się spalarnia, ale jeśli dla dobra wspólnego zgodzisz się na nią, obniżymy twoje podatki.

Masz temat dla reportera Metra? Pisz: metro@agora.pl

Pies lekiem na samotność

Zobacz także
  • Podziel się