Porządek w rybach musi być

Anita Karwowska
27.04.2011
Wybierasz się w majówkę na ryby? To oprócz wędki weź długopis, wagę i miarkę, bo każdą złowioną rybę trzeba zmierzyć, zważyć i wpisać do rejestru. Sprawa jest poważna - za brak notatek grozi nawet 500 zł kary

Pan Marek jest wędkarzem. Od 30 lat urlop spędza z wędką na mazurskich jeziorach. Należy do Polskiego Związku Wędkarskiego. By móc legalnie łowić, co roku płaci związkowi kilkadziesiąt zł składki. Gdy w tym roku odbierał pozwolenie, dostał też książeczkę, w której musi opisać każdą złowioną rybę. - Jeśli tego nie zrobię, dostanę mandat - mówi.

- I to duży, bo nawet 500 zł - ostrzega Antoni Kustusz, rzecznik PZW. - Wędkarstwo jest w Polsce bardzo popularne. Szacujemy, że amatorsko łowi ryby 1,2 mln osób. Musimy wiedzieć, ile ryb jakiego gatunku jest wyławianych, by nie szkodzić przyrodzie - wyjaśnia. Zaznacza, że rejestr obowiązuje tylko, gdy zdecyduje o tym okręg PZW, do którego należą wędkarze.

Wędkarze powinni opisywać połowy z aptekarską dokładnością - ryby muszą być policzone, zważone i zmierzone. I to na miejscu, bo prowadzenie rejestru sprawdzają na wodzie strażnicy z Państwowej Straży Rybackiej i policja. Jeśli w siatce ryb jest więcej niż w notatkach, wędkarz może zostać ukarany. Łowiący muszą pamiętać też, że obowiązują limity, np. w ciągu jednego dnia złowić można tylko dwa szczupaki. Każdemu następnemu trzeba zwrócić wolność. Ryby wypuszczane z powrotem do wody nie są spisywane.

Po roku PZW podsumuje statystyki. - Takie zasady obowiązują w całej Europie, ale naszym wędkarzom się to się nie podoba. Narzekają, że odbieramy im przyjemność z łowienia - przyznaje rzecznik PZW. Wspomina, jak obowiązek spisywania ryb próbowano wprowadzić jeszcze w PRL. - Wtedy wyśmiała to na pierwszej stronie "Trybuna Ludu". Dziennikarze kpili, że wędkarz będzie chodził na ryby z sekretarką - opowiada.

Ekspert WWF Polska, dr Przemysław Nawrocki, przekonuje, że statystyka pomoże rybom. - Dziś mało wiemy o tym, jak liczne są populacje poszczególnych gatunków ryb. Gdybyśmy wiedzieli, moglibyśmy skuteczniej chronić te zagrożone. Ale rejestr ma sens tylko, gdy wędkarze traktują go serio. A z tego co wiem, na razie jest wręcz odwrotnie - zaznacza.

PZW co roku wydaje 40 mln zł na zarybianie wód. Zdaniem ekologów to nie wystarczy, by ochronić zagrożone gatunki. - Dzikich populacji ryb w polskich rzekach już prawie nie ma. Pływają przede wszystkim te z hodowli. Dlatego zamiast zarybiania lepiej przekonywać do łowienia ryb i wypuszczania ich na wolność - mówi dr Nawrocki. Takie specjalne łowisko na Sanie zorganizował PZW w Krośnie. Tam wędkarze zwracają rybom wolność i łowią je na haczyki, dzięki którym ryby nie są pokaleczone. I są wśród nich nawet rzadsze gatunki, np. pstrągi i lipienie.

  • Podziel się